piątek, 8 czerwca 2012

Rozdział Szósty

W moim umyśle działo się tyle złych rzeczy.Widziałam dookoła kolorowe plamy,Abby i ... mojego tatę.Biegłam w jego stronę cała zadyszana i rozpłakana,lecz gdy byłam coraz bliżej on się oddalał.Chciała krzyczeć słowa "tato poczekaj!",ale na próżno.Wiedziałam że to tylko moja wyobraźnia i tak naprawdę tego nie ma,chociaż nie wiem jakbym chciała.Upadłam na kolana zasłaniając rękoma załzawione oczy,czułam się taka samotna i odrzucona.Chciałam dołączyć tam do góry,do mojego kochanego ojca,który jako jedyny mnie zawsze zrozumiał i wspierał.Żałowałam że go ze mną nie ma,nie było by tego wszystkiego,było by łatwiej i to o wiele.Często muszę nawet udawać inną osobę,ale jakoś przy Chelsea jestem sobą...Chelsea...zdawałam sobie sprawę że ją zraniłam.Gdy moje leki przestały działać omsknęłam się i rozejrzałam dookoła szukając mojej komórki.Leżała na  czarno-fioletowym blacie,na którym stała kolekcja noży mojej mamy i zapalniczka w kwiatowe wzory.Wzięłam ją do ręki i wstukałam numer Ches.Odezwała się poczta głosowa,rozczarowana usiadłam na podłodze w kuchni,wyciągnęłam rękę po zapalniczkę i jedną paczkę papierosów,po czym zapaliłam.Odkładając paczkę,podciągnęłam nosem,czułam że będę płakać,czego tak bardzo nie znoszę.Bawiąc się zapalniczką,zostawiłam ją w pewnym momencie na dłużej włączoną,przykładałam do ognia palec patrząc jak on wpływa na mój organizm.Zrobiło mi się słabo... Wciągnęłam ostatni raz dym,zapalniczkę włożyłam do kieszeni i z hukiem wybiegłam z domu.Wskoczyłam do chevroleta camaro,koloru srebrnego mojego brata i ruszyłam w stronę domu Chelsea.Omijałam wszystkie dłuższe trasy,chciałam być u niej jak najszybciej.Gdy już dojechałam zapukałam do jej domu,po chwili otworzyła mi sama Chelsea.
-Czego chcesz?-warknęła.
-Słuchaj,wiem że jestem idiotką i debilką że Ci tak wygarnęłam,ale ja naprawdę nie daję sobie z tym wszystkim rady.Musisz mi pomóc,to dla mnie za duży stres.Lecz zrozum,straciłam już za wiele i stracenie ciebie to byłby dla mnie ciężar dodatkowy,którego udźwignąć już sama nie dam rady,upadłabym licząc na pomoc,upadłabym zwracając już na pewno nie podnosząc się sama.Oddech mój byłby już za słaby,dlatego chcę byś mi pomogła!-powiedziałam do niej,licząc że chodź zrobiłam jej taką krzywdę,wybaczy mi.
-Eh...-westchnęła.-Wiesz,jesteś moją najlepszą przyjaciółką i głupio by było gdybym powiedziała że Ci nie pomogę.
-Czyli pomożesz?
-A mam jakiś wybór?
-No nie...
-Właśnie,słuchaj może wejdziesz?
-Chętnie,ale nie.Muszę jeszcze coś załatwić...
-A..Luz.No to do zobaczenia później!Popiszemy na facebooku.
-Jasne.Pa.-weszłam do samochodu,połykając dwie tabletki.Kłamałam z tym mam coś do załatwienia,ale jednak chyba coś miałam.Tak..Miałam.Musiałam odwiedzić mojego tatę.Nie byłam u niego już chyba trzy lata i te skromne odwiedziny by się przydały.Zaparkowałam od razu pod cmentarzem,było chłodno.Kupiłam dwa niebieskie i trzy czerwone znicze,które zapaliłam po śmierci mojego ojca,więc wiedziałam że te się nadadzą.Usiadłam obok grobu,wpatrując się w niego.Czułam pustkę,nie wiedziałam nic,łzy leciały mi strumieniami.Chciałam być kochana,przez kogoś takiego jak mój tatuś.Wstałam,wysłałam buziaka i wyszłam.Weszłam do samochodu,który nie chciał odpalić,więc musiałam iść na piechtaka.Nie ciągnęło mnie wracanie do domu przez mroczny las,ale nie miałam wyboru.Idąc rozmyślałam,o moim bracie i Abby.Czy ona dla niego aż tak dużo znaczy?Nie chciałam nic im psuć,ale to było dla mnie zdziwienie,bo przecież ona mówiła tyle złych rzeczy o ojcu i to dla niego nic nie znaczy?!Zauważyłam w oddali jakieś światła jadące w moją stronę,wystraszyłam się i biegłam w przeciwną stronę,on natomiast przyśpieszył.Gdy upadłam kierowca wysiadł i biegł w moją stronę...Czołgałam się,ale na próżno,podniósł mnie a ja zaczęłam krzyczeć i kopać go.Gdy powiedział do mnie " Ellie ogarnij się ! " Poznałam go...To był Scott, były przyjaciel z podstawówki,który przeprowadził się do New York.Scott jeździł pięknym lamborghini gallardo,szary.Weszłam z nim do auta i zaczęłam prawić mu kazanie.
-Oszalałeś?!Mogłeś mnie zabić!
-Też cię miło widzieć,Spark. Nic się nie zmieniłaś, jak zawsze uprzejma.-posłał mi zabawny uśmiech,którego ja nie odwzajemniłam.
-A ty jak zawsze słodki i wredny,oh.
-Co tu robisz wieczorem?
-Samochód mi się zepsuł,więc postanowiłam iść na piechotę,ale ktoś mi przeszkodził.
-Ups...-rozczarowany powiedział.
-A ty?To nie za bezpieczne?
-Ja?Ja tu przejazdem,znaczy się wracam z działki,mieszkam niedaleko Ciebie.Więc oto jestem,znowu!Tęskniłaś?
-Skromny również...
-Oj cicho.-i tak rozmawialiśmy,odwiózł mnie do domu,a gdy zamykałam drzwi od samochodu powiedział.-Dasz się gdzieś jutro wyrwać?
-Po co?
-A tak sobie,wiesz.Mam ochotę Cię znowu bliżej poznać,więc jak będzie?
-Jakoś nie mam nic do roboty,więc okej.
-Będę o 14.Pa.-odjechał.
Czułam się dziwnie,tak jakoś ciepło mi się zrobiło na sercu.Przyjemnie.

2 komentarze:

  1. ; * Zajebisty . Weź mi oddaj swój talent pisarski . ! < 3 Agaa ; *

    OdpowiedzUsuń
  2. Miło . < 3 Chcę żeby Ellie chodziła ze Scott'em . ! Masz mi to załatwić . ! Kocham Cię . ♥ Pisz dalej . ; D

    OdpowiedzUsuń