sobota, 24 listopada 2012

Rozdział Jedenasty

Czym jest szczęście? Mogę je określić na parę sposobów, wymieniać od A do Z, ale istnieje pytanie po co? Dla niektórych szczęściem są na przykład pieniądze, dla innych rodzina, a jeszcze innych miłość. Jeśli chodzi o mnie, nie interesują mnie pieniądze, wielką wartość daję mi poznaję samej siebie, cały czas to robię. Bez przerwy, mogłabym rzec. Cóż, rodzina, przyjaciele i miłość? U mnie jest dość ciekawie, jeśli chodzi o te trzy przykłady... Więc, jeśli chodzi o rodzinę, jest dokładnie tak. Mój ojciec zmarł, moja mama nie interesuję się mną, mój brat, który był dla mnie wszystkim, traktuję mnie jak powietrze. No i jeszcze Todd, kochanek mojej mamy, świetnie. Przyjaciele? Co tu dużo mówić, mam najlepszą przyjaciółkę Chelsea, jest wspaniała, rozumie mnie, mogę na nią liczyć, to znaczy dla mnie wiele, naprawdę. Miłość? Miłość, miłość, miłość.. W tych sprawach, zawsze miałam tak jakby beznadziejnie, ale wszystko się zmienia, prawda? Poznałam smak miłości, poznałam ją dzięki Scottowi, jestem mu za to cholernie wdzięczna. Zawsze sądziłam, że jestem do kitu, nie potrzebna, taka jakby umierająca, od środka. Połowa myśli pewnie, że nie mam uczuć. Sądzę, że jestem strasznie wrażliwą osobą, jaką chyba znam. No, ale cóż, to wiele nie zmienia.
Jest koło dwudziestej trzeciej, leżałam właśnie w łóżku, kiedy usłyszałam dźwięk SMS. Wyczołgałam się z łóżka, idąc w stronę biurka. Podniosłam telefon w dłonie i ujrzałam tam kontakt o nazwie "Scott". W pośpiechu otworzyłam treść wysłanej wiadomości, byłam wniebowzięta, chciałam się dowiedzieć, czego chcę o tak późnej porze, szczególnie po dzisiejszym wspaniałym dniu, spędzonym z nim na ławce. Treść była jednoznaczna.. "Dobry wieczór, Spark. Mam nadzieję, że Ci nie przeszkadzam, jak tak to wybacz mi. Wysyłam Ci tego SMS-a, ponieważ nie mogę spać, cały czas myślę o Tobie, nie daję mi to spokoju, lecz to dobrze. Cieszę się z dzisiejszego wypadu, był genialny. Nie będę Ci już przeszkadzał, odpisz mi najwyżej rano, nie mogę się doczekać jutra, aż zobaczę Cię w szkole, na zakończeniu. Dobranoc. Kocham Cię." Czułam ucisk w gardle, zachciało mi się płakać. Nie byłam smutna, wzruszona lecz. To był najmilszy gest jaki chyba w życiu otrzymałam.. Może to zwykły SMS, ale jak bardzo dla mnie znaczy, nikt chyba nie wie. To cudowne, nie miałam sił by mu odpisywać. Łza kręciła mi się w oku. Nie mogłam się powstrzymać, wskoczyłam do łóżka, trzymając telefon w prawej dłoni, okryłam się kołdrą i czułam jak moje łzy kapią ze mnie, chyba nigdy nie płakałam ze szczęścia. Ze szczęścia. Tak, to właśnie Scott jest moim szczęściem.. Tylko on.. Kocham go, wiem to, będę zawsze wiedziała. W nim widzę sens życia, a przecież sensem życia jest miłość, jak dla mnie sensem życia jest szczęście. Nie tylko w miłości, ale również to, co dostajemy od drugiego człowieka. To jest najcenniejsze. Położyłam się spać. Mój sen składał się z szybko przemijających dziwnych scen. Śniły mi się króliki biegnące przez łąkę, po chwili wszystko było zamazane i widziałam galaktykę, planety i gwiazdy, widziałam twarze, kwiaty, uczucia no i mojego tatę. To niesamowite, że dalej wracam do niego myślami. Dzień ojca dawno minął, a ja nie byłam u niego na cmentarzu. Czuję się przez to dziwnie... Przez sen zastanawiałam się jak mu to wynagrodzić, obiecałam sobie, że od razu po zakończeniu szkoły czyli jutrzejszego dnia poproszę Scotta by mnie podwiózł na cmentarz. Dźwięk lecącej muzyki z mojego telefonu, który ustawiłam sobie na budzik, obudził mnie. Usiadłam na krawędzi łóżka, wpatrzona w okno. Pogoda dzisiejszego dnia nie zbyt mi dopisała, niebo było ciemne, przysłonięte chmurami, które ocierały się o siebie. Wstałam, podeszłam do mojej szafy, otworzyłam ją i wpatrywałam się w jej wnętrze. Nie miałam zielonego pojęcia co mam ubrać. Wygrzebałam białą koszulę, czarne spodnie, ciemne rajstopy i do tego czarne trampki typu vans. Poszłam się wykąpać, umyłam zęby, spięłam włosy w wysoki kok i założyłam na siebie wcześniej wybrane ubranie. Pomalowałam sobie kreski na oczach, a usta musnęłam delikatnie błyszczykiem o malinowym smaku. Zamykając pokój, wzięłam głęboki wdech. Denerwowałam się, nie wiedziałam dokładnie czym, ale czułam, że jest ze mną źle. Zeszłam na dół do kuchni. Todda, Kevina ani mamy nie było. Kevin pewnie już pojechał do szkoły, Todd i mama w pracy. Zostałam sama. Zabrałam kanapki leżące na blacie i wyszłam na autobus. Czekałam jakieś dwanaście minut, usiadłam na ostatnim miejscu pod oknem. Za oknem widziałam lekkie krople deszczu, który miał chyba zaraz zacząć padać. W drodze do szkoły uspokoiło się. Przed drzwiami szkoły stała Chelsea, Scott, Kevin, Rachel oraz... Abby?! Jak? Kiedy? Dlaczego? Te pytania latały mi w głowie, Scott nie znosi Abby tak samo jak ja, a teraz stoi obok niej? Chyba znowu ta zdzira chciała zepsuć mi życie. Szybkim krokiem zaczęłam iść w ich kierunku, czułam ucisk w gardle, łzy w oczach oraz ból brzucha. Bałam się, bałam, że znowu będzie źle. Byłam jakieś trzy kroki od Scotta, podszedł do mnie, przytulił mocno i szepnął mi do ucha, jak bardzo mnie kocha. Uśmiech pojawił mi się na twarzy, ale dalej czułam się nieswojo. Scott nie chciał mnie puścić, wydawał się jakoś smutny. Zza jego ramienia spojrzałam na Chelsea, która też wydawała się zdołowana. Abby miała szeroki uśmiech, pełny nienawiści i satysfakcji. A Kevin, nie chciał na mnie patrzeć. Wydawał się zły, jakby zawiedziony? Czym? Nie rozumiałam co takiego mogło się stać. Gdy Scott mnie puścił, spojrzał mi głęboko w oczy i mamrotał coś pod nosem. Wreszcie zdobyłam się na odwagę i powiedziałam.
- Scott, nie jesteś w humorze. Wydarzyło się coś poważnego?
- Nie. Nie kochanie. - powiedział z uśmiechem, ale nie był to szczery uśmiech. Był wymuszony, pod wpływem chwili.
- Powinieneś być wesoły, że będziemy razem przez te dwa miesiące.
- W tym rzecz.. - oznajmił. Co to miało znaczyć? "W tym rzecz"?
- O co Ci chodzi? - warknęłam.
- Ellie, wiesz że jesteś dla mnie wszystkim, prawda? Wiesz, że nie zrobiłbym niczego złego, nie skrzywdziłbym Cię nigdy, nigdy, rozumiesz?! Nie dałbym Ci wyć w poduszkę przeze mnie. Przenigdy. - powiedział z powagą. Jego słowa były szczere, prosto z serca, ale jakże oschłe dla mnie. - Nie zrobił bym Ci krzywdy, przynajmniej nie celowo.. - Nie celowo? Nie rozumiałam niczego, co do mnie mówił. Czy on się... żegna?
- Scott, co Ty robisz? Proszę powiedz mi, że... - urwał mi w połowie zdania.
- Kocham Cię. - moje oczy były już pełne łez, ale nie chciałam płakać. Znowu poczułam pustkę, tą cholerną nienawiść do wszystkiego co mnie otacza na tym świecie, do tego, jak złym człowiekiem muszę być, że są nade mną czarne chmury.
- Nie mów, że się żegnasz.. Proszę, nie mów mi tego.. - powiedziałam.
Jego wzrok utkwił w moich oczach. Nic nie powiedział, odsunął się i zaczął iść w stronę drzwi wejściowych szkoły. Stałam nieruchoma, spojrzałam na Chelsea, która mnie przytuliła. Po chwili Abby zaczęła się śmiać. Mój wzrok utkwił w jej mordzie, która zaczęła coś mówić.
- Nie rozumiesz? Scott się wyprowadza. Jego mama dostała nową pracę w New Jersey. Mój tata zafundował jej tam pracę, oraz utrzymanie. Niesamowite prawda? - jej uśmiech mówił wszystko. To jej wina. Wiedziała, że jestem szczęśliwa i chciała mi to zepsuć. Znowu wygrała..
- To Twoja wina! To Ty powiedziałaś ojcu by zatrudnił matkę Scotta! Czyż się nie mylę?! - nienawiść rosła, w moich słowach.
- Brawo dla Ciebie. Ja tu ustalam zasady, kochanie. Tylko ja mogę je łamać. Tylko ja mogę wygrać.
- Jesteś zwykłą szmatą!
- Owszem, ale również zwycięzcą tej gry. - zaśmiała się. Była z siebie dumna. Znowu zepsuła mi życie. Istniało tylko pytanie : Dlaczego?
- Jesteś zazdrosna o mnie i o Scotta! To wszystko prawda?! Nie rozumiem, jak można być taką zdzirą! Nie potrafię tego pojąć!
- To już nie mój problem, skarbie. Miłego zakończenia szkoły średniej. - uśmiechnęła się i odeszła. Kevina już dawno nie było, musiał iść wraz ze Scottem, by go pocieszyć, ale ja tego nie zauważyłam. Na pewno nie wie co jego dziewczyna zrobiła jego własnej siostrze. Ale na pewno mi nie uwierzy.. Nikt z resztą nie.
- Ellie.. - zaczęła Chelsea.
- Proszę, chcę zostać sama. Odbierz za mnie moje świadectwo.. Spotkamy się potem u mnie.. Cześć.. - zapłakana zaczęłam biec w stronę cmentarza. Łzy lały się ze mnie strumieniami. Nie chciałam stracić Scotta. Kochałam go, był dla mnie wszystkim. A tak od teraz mam go stracić na zawsze? Przez tą szmatę? Nie ma mowy! Szukałam groby taty, gdy go znalazłam, usiadłam obok. Wypłakując swoje wyrzuty do całego świata, żałowałam, że nie ma go już przy mnie. Chciałam by to wszystko się jakoś poskładało w całość. Nie wiedziałam, jak mam to zrobić, ale potrzebowałam chwili spokoju. Musiałam dawać sobie radę, sama. Cóż, jak zwykle. Zdałam sobie sprawę, że nie jestem potrzebna. Jedyne co mnie podtrzymywało tutaj to Chelsea, Kevin i Scott. Moje życie to jedna wielka pomyłka. Chyba.. W tym momencie chciałam tylko się przytulić do Scotta. Na cmentarzu siedziałam do godziny czternastej dwadzieścia dwa. Wstałam i powiedziałam : "Niedługo znowu wpadnę, tatku. Trzymaj się jakoś..", zaczęłam iść w stronę baru. Byłam głodna, a nie chciałam wracać do domu, więc poszłam do mojego ulubionego baru. Zamówiłam naleśniki. Po spożyciu, wyszłam ze sklepu i widziałam mnóstwo szczęśliwych dzieciaków, z tego że koniec szkoły. Może i tak. O nie! Zapomniałam o Chelsea. Ma mi oddać świadectwo. Genialnie. Po jakiś dziesięciu minutach dobiegłam do domu, weszłam i zobaczyłam, że buty Chelsea stoją przy drzwiach. Czyli weszła do mojego pokoju. Wbiegłam na górę, Ches, siedziała na łóżku czytając swoją ulubioną książkę z serii Harrego Pottera. Usiadłam obok niej. Podała mi moje świadectwo, nie odrywając oczu z książki. Spojrzałam na nią, po czym na świadectwo. Składało się z : Matematyka - 4, Biologia - 2, Angielski - 3, Chemia - 2, Fizyka - 2, Wf - 5, Geografia - 3, Muzyka - 4, Plastyka - 5, Religia - 6. Cóż, myślałam, że będzie o wiele gorzej, no ale cóż. Jest jak jest. Włożyłam świadectwo do półki, położyłam się na łóżku i rzekłam.
- Dlaczego to muszę być akurat ja?
- Zrządzenie losu? - powiedziała Chelsea. Trudno było ją wzruszyć, ale była osobą, która twardo stąpa po ziemi.
- Nie wiem sama. Mam dość wszystkiego. Chcę do Scotta. Czemu ta suka Abby mi to zrobiła?!
- Jest zazdrosna, że dobrze Ci się układa. Wolała mieć satysfakcję z tego, że wieczorami wyjesz w poduszkę, bo Twój ojciec nie żyję. Teraz widziała, że odnalazłaś szczęście w Scottcie i chciała to zepsuć, jak zwykle jej się to udało. Nie miej mi za złe, że Ci nie powiedziałam, ale nie widziałam jak. Scott zaczął mówić o tym już przed Twoim przyjściem. Kevin pokłócił się z Abby, że jest z tego zadowolona. Scott Cię kocha, ale nie jest pełnoletni by sam mieszkać w tym mieście. Powiedział mi, że za rok tu wróci, obiecał mi to, że Cię nie opuści, nigdy. Kazał mi się Tobą zająć. On wróci, mówię Ci. A teraz w te wakacje wyjedzie do nowego mieszkania, ale w sierpniu zostanie tu u ciotki, by móc się z Tobą spotykać. Urocze, prawda?
Uśmiech pojawił się na mojej twarzy.
- To znaczy, że on tu wróci? Dla mnie? - spytałam.
- Tak, specjalnie dla Ciebie.
- Nigdy nikt nie wracał dla mnie. Boże, czuję się... fantastycznie, ale i tak mi przykro. - oznajmiłam.
- Wiem. Muszę się zbierać, jutro wpadnę, cześć. - powiedziała, po czym wyszła z pokoju.
Usiadłam na łóżku. Płakałam, nie chciałam go stracić. Płakałam, z tego powodu, że mnie opuści na rok. Z tego, że znowu będzie źle. Że go nie zobaczę, że mnie zostawi. Ale jedno mnie pocieszyło.. Wróci tu.. Dla mnie...

sobota, 25 sierpnia 2012

Rozdział Dziesiąty

Stałam przed drzwiami mieszkania. Scott odjechał, zostawił mnie samą. Czułam się okropnie, kiedy mnie opuszczał, ale przecież nie możemy być bez przerwy razem. To byłoby nierealne, takie wspaniałe. Otworzyłam drzwi, weszłam do przedpokoju. W kuchni światło było zgaszone, mój wzrok skierował się w stronę salonu, gdzie siedziałam mama z Toddem oraz Kevinem. Nie odwracali się, byli pochłonięci filmem, który oglądali. To może i lepiej? Sama nie umiem tego określić, w gruncie rzeczy wolę, aby nie wypytywali gdzie byłam, z kim byłam i co robiłam, a przecież to ich specjalność. Zapaliłam światło w kuchni, podeszłam do lodówki i wyjęłam z niej kartonik z sokiem pomarańczowym. Z górnej szafki wyciągnęłam szklankę, po czym wlałam do niej sok, następnie odkładając go z powrotem na miejsce. Usiadłam na blacie, popijając sok. Ciekawiło mnie co teraz robi Scott, czy on również nie może się doczekać naszego następnego spotkania, czy może już o mnie zapomniał. Miałam totalny bałagan w głowię, nie wiedziałam co mam myśleć, ani jak. Kompletnie irytujące, a dzień zapowiadał się wspaniale. Wstałam, umyłam szklankę i weszłam do salonu. Kevin odwrócił się w moją stronę. -Cześć.- powiedział, po czym odwrócił się w kierunku telewizora.
- Gdzie byłaś? - spytała mama. Nie mogę jej powiedzieć, że byłam ze Scottem, ale nie mogę również skłamać, za dużo kłamstw pojawiło się w moim życiu, chcę prawdy? To ją dostanie, nawet jakbym miała jej wyśpiewać wszystko, nawet te najbrutalniejsze rzeczy, tą cholerną rzeczywistość. Chcę zmienić to wszystko, nie mogę jej cały czas oszukiwać, zwłaszcza w takich momentach, może uda mi się naprawić to co było między nami zanim odszedł tata. Wtedy byłyśmy dla siebie najlepszymi przyjaciółkami, a gdy pojawił się Todd, zmieniła się, tak jak ja.
- Byłam na mieście razem ze Scottem.
- Tak? Nie mogę uwierzyć, dlaczego pani Alan nie zadzwoniła do mnie?
- Skąd ja mam wiedzieć?
- Ehm, nieważne. Zadzwonię do niej rano, robiliście coś ciekawego? Oprowadziłaś go po mieście?
- Już mówiłam że tylko chodziliśmy. Nie musiałam go oprowadzać, on nawet lepiej zna to miasto niż ja. Przepraszam,ale jestem zmęczona dzisiejszym dniem, przesłuchanie się skończyło?
- Tak. Nie jesteś czasem głodna?
- Nie,dziękuję. Dobranoc.- powiedziałam, po czym skierowałam się do mojego pokoju, zauważyłam w mamie coś innego, takiego opiekuńczego. To nowość u niej, chociaż powiem że całkiem przyjemne. Szybko zdjęłam ubrania i rzuciłam je w kąt, zakładając piżamę. Wpełzłam do łóżka, przykrywając się kołdrą, mocno się w nią wtuliłam. Myślałam o Scottcie, o dzisiejszej nocy, oraz o jutrzejszej. Pragnęłam go, i to całego. Najgorsze było to, że nie wiedziałam czy on również mnie chcę. Byłam w nim zakochana, czułam to sercem, duszą oraz umysłem. Zasnęłam. Śniły mi się kolorowe kwiaty, ludzie, ale tacy, którzy są szczęśliwy, zakochani. Było widać, że Ci ludzie się kochają, naprawdę kochają. Obraz zaczął stawiać się zamazany, obudziłam się, było po siódmej. Ostatni dzień szkoły, dwa miesiące bez patrzenia na Abby, to jak marzenie. Wygrzebałam się z łóżka, podeszłam do okna by zobaczyć pogodę, było pochmurnie, ale ciepło. Założyłam białą bluzkę, krótkie spodenki, oraz wysokie buty. Z włosów zrobiłam jeden warkocz, który przerzuciłam na  prawą stronę. Zbiegłam na dół, w kuchni siedziała mama pijąca kawę, ruchem głowy pokazała mi, że mam usiąść na przeciwko niej. Tak więc zrobiłam...
- Masz ochotę na śniadanie?
- Jasne...Gdzie Todd i Kevin?- zapytałam.
- Todd odwiózł Kevina do szkoły, miał dzisiaj jeszcze kółko, potem pojedzie jeszcze coś załatwić i wróci, ja mam dzisiaj wolne, dlatego wstałam szybciej by zrobić ci śniadanie.
- Dzięki, nie musiałaś.
- Wiesz Ellie, znaczysz dla mnie wiele, dlatego chcę byś to zauważała. Może robienie śniadania to nie jest jakieś wielkie poświęcenie, lecz na pewno od serca. Kocham Cię, dalej cały ten brutalny czas jaki musiałaś przechodzić, wiem że nie było Ci łatwo, wiem że nie chciałaś ze mną o tym rozmawiać, wiem również że te zmiany źle na Ciebie wpływają...
Zatkało mnie. Moja własna matka, powiedziała to co od zawsze chciałam usłyszeć. Nie wiem czy bardziej chce mi się płakać, czy krzyczeć. Jestem w kropce.
- Ellie, damy radę razem. Ufaj mi, proszę.
- Mamo...To co powiedziałaś. To po prostu dla mnie jest czymś nowym, nie wiedziałam że Cię na to stać, na serio. Ufam Ci.- odparłam.
- Dobrze, i ufaj. Cały czas, do końca moich dni. Obiecujesz?
- Nigdy nie przestałam Ci ufać, więc dlaczego miałoby się to stać?-spytałam.
- Ehm...Kochana jesteś. No, ale dobrze. Proszę, smacznego.- podała mi talerz z naleśnikami.
- Dziękuję. Mamo, czy ja jestem dziwna? - przypominając sobie to, co powiedziała o mnie Abby na wf, chciałam znać prawdę, czy ludzie na prawdę mnie tak widzą? Jako "dziwadło"?
- Nie. Jesteś sobą, wyjątkowa, troskliwa, wrażliwa, nieśmiała. Coś się stało, że pytasz?
- Nic szczególnego, co umknęło mojej uwadze. Tak jakoś mi się to wzięło...
- Dobrze. Wiesz jeśli chciałabyś porozmawiać, powiedz mi.
- Okej, dzięki.- dokończyłam śniadanie, przytuliłam mamę i wybiegłam na autobus. Dziewięć minut do dzwonka, jestem przed swoją szafką. W moją stronę idzie Scott, serce zaczęło bić mi mocniej. Ujął moją twarz w swoje dłonie i pocałował mnie czule, to było wspaniałe. Spojrzał na mnie.
- Jesteś wolna po szkole?-spytał.
- Tak.
- To świetnie, po ostatnim dzwonku przed szkołą, buźka.
Trochę to dziwnie brzmiało w słowach chłopaka, ale równocześnie uroczo. Tylko cztery lekcje. Chemia, angielski, fizyka oraz geografia. Poszło szybko, zaczęłam iść w stronę głównego wejścia. Wyszłam ze szkoły, przy aucie stał Scott, podbiegłam do niego i rzuciłam się mu na szyję, zaczął mnie całować, Abby z drugiej strony parkingu widziała wszystko i zaczęła nas bacznie obserwować, widziałam gniew w jej oczach. Scott zauważył że się niepokoję, spojrzał na mnie opiekuńczo i spytał. - Coś nie tak? Źle Cię całuję czy co?
- Hm? Nie, nic z tych rzeczy. Po prostu, ta dziewczyna, Abby, ona chodzi z moim bratem i nie znosi mnie. Gapi się na nas, jest zła.
- Pieprzyć to.
- Może i masz rację,ale to krępujące.-powiedziałam.
- Eh. Ty i te Twoje intymne sprawy, dobrze, jedźmy, chcę Ci się popisać.
- Dobra.- wskoczyłam do samochodu, Scott ruszył. Przejechaliśmy cztery dzielnice, zatrzymaliśmy się przy starym parku, gdzie po drugiej stronie jest boisko do koszykówki. Założę się, że właśnie to jest cel naszej wyprawy, jednym słowem "tu chcę się popisać" Weszliśmy na boisko, usiadłam na oparciu starej drewnianej ławki i analizowałam, każdy ruch Scotta. Był przy tym taki, skupiony, to mnie pociągało.
- Umiesz tak? Hm?- spytał, dobrze znając odpowiedź.
- Nie denerwuj mnie lepiej,heh.
- No co? Tylko zapytałem.
- No pewnie. - zaśmiałam się. Podszedł do mnie, pocałował namiętnie po czym usiadł obok mnie. Kochałam go,ale nie widziałam jak mu to powiedzieć, może lepiej mu tego nie powiem?
- Ellie, muszę Ci coś powiedzieć...
Cholera, czy on chcę powiedzieć to co mam na myśli?
- Wiesz, ja też muszę Ci coś powiedzieć.
- Więc proszę, panią się ustępuję.
- Co? Wiesz wolę byś ty zaczął. Tak będzie lepiej.- odparłam.
- No dobra, to ja będę facetem w grupie.-zaśmiał się.- No dobrze, bo chcę byś wiedziała że mi na Tobie zależy, czuję chyba że Cię kocham. Długo z tym czekałem, ale chcę byś o tym wiedziała, na prawdę.
Zamurowało mnie, nie mogę w to uwierzyć, na prawdę mu na mnie zależy, to jest niewiarygodne.
- Wiesz tak na prawdę,to chciałam Ci powiedzieć to samo, ale bałam się.-powiedziałam to w końcu, nareszcie!
- No to super.- złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie, delikatnie całując. Po tym to oznacza, że jesteśmy już razem. Mam osobę, która mnie kocha i szanuję, po tylu brutalnych sesjach jakie przeżyłam, to dar. Wyjęłam marker z plecaka i wielkimi literami napisałam na ławce. " ELLIE + SCOTT = ♥ "

poniedziałek, 16 lipca 2012

Rozdział Dziewiąty

Siódma rano,poniedziałek. W szkole miałam pojawić się na godzinę ósmą,więc miałam jeszcze całą godzinę. Usiadłam na krawędzi łóżka,rozejrzałam się dookoła i wstałam. Pokój ogarniała dzienna "ciemność", słońce zasłaniały chmury,nie podobne do dziennego. Dzień zapowiadał się teoretycznie zwyczajnie, ale cóż tak samo zwyczajnie zapowiadał się dzień śmierci mojego ojca,więc "zwyczajność" w tym zdaniu jest względna. Weszłam do toalety by się wyszykować,umyłam twarz zmywając resztkę tuszu do rzęs z wczorajszego wieczoru, włosy spięłam w długi kucyk, a odzież moja była stworzona z granatowych jeansów, ciemnoczerwonej ciasnej koszulki, bluzy bejsbolowej o kolorze czerwonym oraz białych conversów. Po wyjściu z toalety, udałam się do kuchni. Schodząc na dół przypomniałam sobie,że w szkole mam spotkać się ze Scottem. Na samą myśl o nim robiło mi się ciepło na sercu, czułam zapach jego perfum, czułam siłę jego mięśni w takim samym momencie,gdy mnie przytula, czułam się bezpieczna właśnie przy nim, lecz nie wiedziałam czy on tak samo myśli o mnie. Podejmować pochopnych decyzji też nie zamierzam, nie chcę cierpieć i każdej nocy czuć się samotnie. Muszę odczekać, choćby miało mi to zająć całą wieczność, muszę odczekać. Podeszłam do lodówki, wyjęłam z niej mleko, z szuflady po mojej lewej stronie łyżkę,z szafy pode mną miskę, a z szafy nade mną płatki kukurydziane. Wsypałam do miski odpowiednią ilość płatków, po czym wlałam mleko. Wszystko odłożyłam na swoje miejsce, usiadłam w jadalni i zaczęłam jeść moje śniadanie. Wszyscy mówią że śniadanie to najważniejszy posiłek dnia, ale ja bardzo rzadko jem śniadanie. Gdy mój ojciec jeszcze żył, codziennie mnie budził i ścigałam się razem z nim kto pierwszy dobiegnie do kuchni. Po "wyścigu" przygotowywaliśmy właśnie taki posiłek i razem jedliśmy go w ogródku, gdy było ciepło. W zimę śniadanie jadaliśmy przy kominku, tak samo jak kolację. Były to czasy wtedy dla mnie naprawdę wspaniałe, jako dziecko sądziłam że miałam najlepsze dzieciństwo, tylko szkoda że ono tak szybko się skończyło... Każdego dnia przeklinałam moją naiwność, trudno było mi się z tym pogodzić, teraz jest lepiej, ale dalej nie zapomnę tego co było. Jest dobrze,ale tęsknie za tym wszystkim. Moja mama nie zrozumie tego jak to boli, kiedy ona opowiada i zachęca Todda, by robił to co mój ojciec, nie dość że to nie ma sensu, to jeszcze ona bardziej przypomina mi o tym co było dla mnie tak ważne i co tak łatwo, szybko straciłam. Ludzie nie zdają sobie sprawy z postaci rzeczy że jest osoba, która w życiu każdego człowieka zmienia je na lepsze, lub gorsze. Nie umieją pojąć tego jak to cholernie boli, nie wiedzą o tym, co człowiek przeżywa fizycznie jak i psychicznie. To wszystko źle wpływa na nas, nie tylko w organizmie, jak i w psychice. Musiałam się jakoś pozbierać ze wspomnień dotyczących tych wspaniałych czasów, odłożyłam miskę do zmywarki i wyszłam z domu. Powolnym krokiem szłam w stronę przystanku autobusowego, gdzie zawsze czekałam na Chelsea lub na autobus szkolny. Tym razem na to drugie. W krótkim czasie przyjechał autobus, zajęłam moje ulubione miejsce w przed ostatnim rzędzie po prawej stronie, przy oknie, włączyłam MP3 w komórce i założyłam słuchawki. To były ostatnie dwa dni szkoły, nie wiedziałam czy mam się cieszyć czy nie, tak byłam zagrożona ale z reszty przedmiotów miałam dobre oceny, gdyby nie te zagrożenia miałabym pasek... Do szkoły nie jechało się długo, góra dwadzieścia minut, bez korków. Droga do niej była łatwa i szybka w dojeździe. Autobus zatrzymał się, wiedziałam że trzeba wysiąść. Dzisiaj miałam tylko trzy lekcje, biologię, chemię i w-f. To świetnie, że pani Montgomery nie było, bo musiałabym pisać sprawdzian z matematyki, a pod wpływem stresu totalnie o nim zapomniałam. Może to i lepiej,bo gdybym musiała to pisać,nie zdałabym matmy. Na korytarzach mojej szkoły było głośno, dziewczyny wychodziły z łazienek rozbawione, chłopacy pokazywali sobie nawzajem swoje umięśnione barki, inne dziewczyny, właśnie te,które uczą się dość dużo, siedziały pod salą i uczyły się na następującą lekcję. Moja sala mieściła się między salą 254 B. Pod moją salą, stała ze swoimi "podwładnymi" Abby. Za jakie grzechy musiałam chodzić z nią do klasy? Jej podwładne Megan i Nicole są głupsze od niej. Czyli przyjaźń dopasowana. Na moje nieszczęście zauważyła mnie i oczywiście podeszła do mnie ze swoim uśmieszkiem na twarzy, który z chęcią bym jej ten uśmiech z twarzy wydarła,ale mniejsza z nią.
-Zobaczcie kogo my tu mamy,oh. -zignorowałam jej słowa,jakby były niczym wiatr.
Wiedziałam że świdruje mnie wzrokiem, ale sama nie wiedziałam dlaczego...
-Wiesz,Twój brat jest bardzo romantyczny,zabiera mnie dzisiaj na kolację przy świecach,do tego bardzo,bardzo drogiego baru na przeciwko sklepu "Diamond chic",pewnie jeszcze się tam wybierzemy i kupi mi tą śliczną sukienkę z cekinami,jest obrzydliwie droga,ale dla mnie wszystko.-Jej ton był bezczelny.Abby można było opisać w trzech słowach: suka,suka,suka. Taka była i nie da się tego zmienić.Jedno co mnie dzisiaj uszczęśliwiało to wiadomość,że spotkam się ze Scottem. Dzwonek zadzwonił, Abby i jej mini księżniczki pierwsze weszły do sali i zajęły miejsca w pierwszym rzędzie, ja natomiast skierowałam się na sam tył. Mój nauczyciel, chemii wiedział jak się uczę,jakimś sposobem mnie zdał.Teoretycznie zadziwiające. Na rozkaz pana wyjęliśmy zeszyty ćwiczeń i zajęliśmy się tym co nam wyznaczył, robota była łatwa,więc zrobiłam najszybciej z całej klasy, chociaż byłam najgorsza, przez stres wywołany od śmierci ojca. Abby i jej przyjaciółki jak zwykle śmiały się całą lekcję, odwracały i gadały z każdym chłopakiem w klasie. Lekcja ta jak i następna czyli biologia, wypadły nieźle i sprawnie, teraz czas na w-f. Sala gimnastyczna jest na przeciwko siłowni,gdzie teraz ma zajęcia Scott. Wiedziałam że niedługo wyjdzie na przerwę i się z nim zobaczę, świetnie. Stałam pod drzwiami do siłowni, czekając aż z niej wyjdzie Scott. I jak na zawołanie właśnie stamtąd wyszedł, podeszłam do niego i przytuliłam mocno. Znowu czułam jego zapach, ten świeży i niesamowity. Czułam że się w nim zakochałam, to było niesamowite.
- No cześć, co dzisiaj robisz? - spytał, po czym musnął mój policzek.
- Ja?Hmm, zależy, a co masz dla mnie jakąś ofertę godną wyjścia?
- Chciałem Cię zabrać na wrotkowisko.
Zastanowiłam się. Ja i wrotki? Ja nie umiem jeździć, w tych sprawach byłam ciapa totalna, tata nie zdążył mnie tego nauczyć.
- Nie umiem jeździć. - powiedziałam w końcu.
- To co? Nauczę Cię i będzie przynajmniej zabawnie.-mrugnął do mnie.
- No sama nie wiem...
- Zgódź się. Wolisz siedzieć cały dzień na kanapie i mieć wszystko w dupie, zamiast się zabawić? Kobieto, zejdź na ziemię, czas zabawy, niedługo koniec roku. Imprezy, alkohol, zabawa, przyjaciele, wyjazdy. Luz blues.
Nie chciałam mu odmówić,ale przeraziłam się jego tonem mówienia o alkoholu i w ogóle. Nie znałam Scotta z serii "zabawny pijak" i nie byłam pewna czy chcę takiego poznać...
- No dobra, ale naucz mnie tego.
- Nie ma sprawy, to przyjadę po Ciebie o dziewiętnastej trzydzieści, tylko się nie spóźnij.
- Masz to jak w banku. - Cholera, zgodziłam się. Nie dość że on mi się podoba to jeszcze się przed nim upokorzę, totalne zażenowanie. Zadzwonił dzwonek to znaczy że trzeba iść do szatni. Wchodząc po schodach zauważyłam jak Abby przezywa moją koleżankę z klasy, Rachel. To drobna osóbka, krótkie blond włosy, szczupła, jasna karnacja. Nie znam jej tak dobrze, zamieniłam z nią tylko parę zdań to wszystko. Podeszłam do Abby, pchnęłam ją i warknęłam.
- Zostaw ją w spokoju, idź do tych twojego intelektu, frajerko. - wykrzyczałam.
- Weź spadaj, dziwadło.
Wzięłam Rachel za rękaw i pociągnęłam do szatni. Tam mogła się przebrać,z resztą tak jak ja. W-f miałyśmy za nie całe dziesięć minut, więc musiałam się sprężać. Założyłam szybko top do ćwiczeń, krótkie spodenki i zmieniłam buty. Gdy wychodziłam Rachel złapała mnie za rękę i powiedziała cicho.
-Dziękuję...- uśmiechnęłam się do niej w geście "Nie ma za co".  Zbiegłam na dół, ustawiliśmy się posłuchaliśmy nauczyciela, po czym weszliśmy na salę. Dzisiaj gramy w zbijaka, no to niezły plan by się zrewanżować Abby. Piłka leciała nad moją głową, złapałam ją i rzuciłam w stronę przeciwnika,którym właśnie była Abby. W ramach zemsty ta rzuciła mi mocno piłką w brzuch, a na dodatek uderzyła piłką w głowę,Rachel. Zdenerwowałam się, wzięłam piłkę i uderzyłam nią Abby tak mocno jak tylko umiałam,choć brzuch mnie bolał strasznie. Abby upadła i wykrzyczała na całą salę.
- Fuck You! - lekcja się skończyła, wszystkie poszłyśmy do szatni, Abby zatamowała mi wejście swoim ciałem,pchnęłam ją, a ona odleciała do tyłu, pociągnęła mnie za włosy, ja jej oddałam w twarz. Przebrałam się szybko, gdy ta zaczęła się ze mnie śmiać z Nicole i Megan. Gdy wyszłam Abby wykrzyczała na szatnie.
- Ellie Spark to dziwka! - jej podwładne zaczęły się śmiać, a mi zrobiło się gorąco w środku. Podeszłam do niej i przywaliłam jej z pięści w pysk. Ta zaczęła mnie wyzywać od szmat i innych, a ja po prostu wyszłam z szatni i wybiegłam ze szkoły, przed którą czekał na mnie autobus. Byłam zła tak jak nigdy wcześniej. Eh. Gdy wróciłam do domu odłożyłam plecak pod ścianą mojego pokoju i zaczęłam wybierać jakieś rzeczy na dzisiejszy wieczór ze Scottem. Wybrałam cienki sweter, leginsy i trampki. W między czasie mama robiła obiad, na który mnie zawołała. Zeszłam na dół i wybrałam sobie miejsce naprzeciwko Kevina. Podała nam obiad i zaczęliśmy jeść, oczywiście Todd musiał zacząć rozmowę.
- I jak w pracy, aniołeczku? - rzygam jak to słyszę.
- A świetnie, skończyłam do końca papierkową robotę do końca tygodnia, zostały mi jeszcze komputerowe sprawy,ale to pikuś. - odpowiedziała.
- To świetnie, jak w szkole Kevin?- spytał.
- A dobrze, zdałem z wszystkich przedmiotów, jestem z siebie dumny, zero dwójek na koniec.-Synek idealny dla Todda,oh.
- To świetnie, kochanie.-powiedziała mama.-A u ciebie jak,Ellie?
- Zdałam klasę. To ci wystarczy. -powiedziałam z lekkim odrzuceniem na pytanie, jak i na odpowiedź.
- Doskonale...Wybierasz się gdzieś dzisiaj? -spytała.
- Tak,wychodzę.
- Z Chelsea? - oznajmiła.
- Może, a co wam do tego?
- Nic tak chcę wiedzieć, tylko wróć przed dziesiątą.
- Ehe. - oznajmiłam. Skończyłam jeść. Weszłam do mojego pokoju i wyjęłam książki, wkładając te na jutro. Położyłam się na łóżku i przysnęłam. Po dziesięciu minutach zerknęłam przez okno, stał tam Scott oparty o blachę samochodu. Wyskoczyłam z łóżka, zbiegłam na dół i krzyknęłam szybko "Wychodzę!" zatrzaskując za sobą drzwi. Podeszłam do niego, otworzył mi drzwi od strony pasażera i wsiadłam do jego auta. Przejechaliśmy chyba trzy dzielnicę miasta, po czym zatrzymaliśmy się przy wielkim wrotkowisku. Weszliśmy tam, wypożyczyliśmy wrotki i wbiliśmy na parkiet. Kołysałam się na wszystkie strony,ale nieźle mi szło. Cały czas upadłam razem z nim, śmiałam się i cieszyłam z każdej chwili z nim. Wreszcie się uśmiechałam, wreszcie. Gdy upadłam z nim po raz ostatni, ujął moją twarz w ręce i szepnął mi do ucha.
- Jesteś śliczna.- Tak. To Scott jest tym, którego kocham. Czuję to. Zabawa się skończyła, wyszliśmy z wrotkowiska. Było cudownie,czułam jego bliskość. Wróciliśmy przed mój dom. Wysiedliśmy, Scott odprowadził mnie pod drzwi, dotknął mojej szyi i zaczął mnie całować. A to był dopiero początek mojej miłości...

środa, 13 czerwca 2012

Rozdział Ósmy

Była dziewiąta rano,niedziela.Dzisiaj miałam się spotkać ze Scottem,to świetnie,sama nie wiedziałam czemu,ale cieszyłam się z tego powodu.Wstałam z łóżka i podeszłam do okna,niebo było ciemne,a chmury widniały na tle krajobrazu.Wyobrażałam sobie z tych chmur różne kształty,osoby lub zwierzątka.To była taka odmiana zabawy w stylu dziecięcym,za którym cholernie tęskniłam.Odeszłam od okna,weszłam do toalety,umyłam zęby i uczesałam włosy.Następnie zajrzałam do garderoby i wybrałam z niej,obcisłą czarną koszulkę,rurki i czarne baletki.Strój był dopasowany do pogody,na dworze było ciepło i słonecznie,więc czemu by nie?Gdy byłam już przyszykowana,zeszłam na dół do kuchni.Otworzyłam lodówkę i wyjęłam z niej szynkę,ser i masło,zrobiwszy sobie kanapkę,zjadłam ją i wstawiłam wodę na herbatę.Usiadłam na kanapie i włączyłam telewizor.Po chwili ktoś zadzwonił na mój telefon,wyciągnęłam go z kieszeni i odebrałam.Cóż jak z moich przypuszczeń wynikało zadzwoniła Chelsea by spytać się o wczoraj wieczór.Nie chciałam mówić jej szczegółów,ale ona tak nalegała że puściłam parę z ust.Jedyne czego jej nie wygadałam to,to że Scott mi się podoba.Jakby się o tym dowiedziała były by nieszczęsne pytania do końca mojego marnego żywota.Usłyszałam z kuchni świst,był to rozgrzany czajnik,który wołał mnie że woda na herbatę gotowa.Rozłączyłam się i zalałam sobie ją.Wzięłam kubek w rękę i wróciwszy na kanapę rozsiadłam się i oglądałam telewizję.W domu nie było nikogo oprócz mnie,co było dosyć dziwne w niedzielny poranek.Zawsze jemy śniadanie całą rodziną i Toddem.Możliwe że stara para gdzieś wyszła,a młoda po prostu mnie zostawiła.Nie przejmowałam się tym zbytnio,zmieniałam kanały tak szybko,że nawet sama nie wiedziałam co leci w tej rzekomej telewizji.Nie miałam na nic ochoty,z chęcią znowu poszłabym spać,lecz mój organizm był już w pełni naładowany.Postanowiłam że pójdę do piwnicy i wyprowadzę stamtąd mój stary grad.Czyli rower.Wyłączyłam telewizję,kubek włożyłam do zmywarki.Szukałam tego badziewnego klucza,ale nie mogłam go znaleźć.Wbiegłam więc na górę,po czym weszłam do sypialni mamy.Wiedziałam że tam on będzie i miałam rację.Schowała go do ostatniej szuflady w szafce pod telewizorem.Zbiegłam na dół,otworzyłam drzwi do piwnicy i zeszłam.Roiło się tam od pająków,pajęczyn i...kurzu.Znajdowały się tam albumy ze zdjęciami,stary gramofon,pudła z zawartością mamy i Todda, oraz rowery.Przypominało to złomowisko śmieci,ale jakoś tam wolałam spędzać czas niż tutaj.Wydostałam jakoś mój rower,zakluczyłam drzwi,klucz schowałam w szufladzie w kuchni i wyszłam.Wskoczyłam na rower i przejechałam się po ulicach mojego osiedla.Jeździłam tak bez sensownie,ale było to przyjemne.Połowę czasu i tak spędzałam w domu,tak czy siak fajnie było znowu poczuć ten zapach opon,drzew i świeżego powietrze,wiatru we włosach no i oczywiście złapać jakąś kondycję na lato,co bardzo mi się przyda.W między czasie kupiłam se jeansy,t-shirt, buty,torbę oraz zjadłam obiad.Nie zauważywszy była już 18:30.Musiałam jechać do domu,gdy już wróciłam odłożyłam rower i wyjęłam z lodówki galaretkę z masłem orzechowym.Chciałam coś zjeść przed "randką". Włożyłam potem naczynie do zmywarki i zdrzemnęłam się.Po godzinie 20, zadzwonił dzwonek do drzwi,byłam pewna że to Scott! Otworzyłam mu drzwi,zaprosiłam do środka.-Hej.
-No siema,gotowa?
-Na co?
-No na spotkanie?Nie mów mi że zapomniałaś!-warknął.
-Nie coś ty,tylko straciłam poczucie czasu,zmienię tylko obuwie i zaraz możemy iść.
-EHE.Tylko szybko!- powiedział.Gdy ja zmieniałam baleriny,na czerwone conversy on przechadzał się po mieszkaniu.Gdy byłam już gotowa,zbiegłam na dół i ruszyliśmy w stronę "Black Raven".Nigdy tam jeszcze nie byłam,słyszałam od Chelsea,że kręcą się tam podejrzane typy,no ale Scott mi na takiego nie wyglądał.Chociaż...Był umięśniony i znikąd miał dość sporo problemów ale żeby od razu być gangsterem?To się nie składało w całość.Przecież to bez sensu!Cóż moje teorie nie miały żadnego związku ze sobą,no ale świadomość mi mówiła żebym uważała na to wszystko co robi Scott,oraz na to co mówi.Mój umysł musiał pochłaniać wszystko co dotychczas zobaczy.Oraz to,czego chcę uniknąć...Weszliśmy do klubu z pomocą jakieś przepustki.Ściany były czarno-czerwone,a w niektórych miejscach były czaszki.Czuć było tytoń i alkohol,a dreszcze pochłaniały moją skórę,zaduma jakoby zniknęła,a strach przeszedł całe moje ciało.Bałam się tak jak nigdy dotąd,czułam na sobie te męskie spojrzenia.W klubie było mało kobiet,ale to jakiś postęp.Cóż,jaka kobieta chciałaby pójść do takiego ELEGANCKIEGO klubu,jak ten.Podeszliśmy do stołu bilardowego.Scott pokazywał mi parę ruchów a ja je powtarzałam,z jego pomocą.
-Podoba ci się tu,Spark?-uniósł brwi.
-Hmm..Jasne,jestem przyzwyczajona do mojej ulubionej knajpki,ale tutaj też jest w porządku.-skłamałam.Nie chciałam by wiedział że Ellie cyka się jakiegoś klubu,do którego taki mięśniak przychodzi praktycznie codziennie.To była jakaś porażka,ale nie dawałam tego we znaki.
-Kłamiesz.-powiedział.Co?Skąd on mógł wiedzieć że ja kłamię?Coś mi tu nie pasowało.
-Co?Dlaczego tak uważasz?Umiesz czytać w myślach,czy jak?
-Możliwe.
-Przestań być zabawny,tylko mów.-warknęłam z niecierpliwością na tą odpowiedź.
-Wiesz,wyczuwam to,nie umiesz kłamać.-Nie umiem kłamać?Coś mi tu nie gra,jakoś okłamałam mamę,Chelsea i nawet brata i nie było tego po mnie widać.Ale dlaczego nie mogę okłamać Scotta?-Czuć w Twoim głosie niepokój i zdenerwowanie.Ręce masz śliskie i widać to.Nauczyłem się jak zobaczyć czy ktoś mnie kłamię,więc radzę nie rób tego już nigdy.-Przeraziłam się jego tonem,nigdy wcześniej tak nie mówił.Czułam się,dziwnie.
-Ehe...wiesz,może już pójdziemy?Długo się zasiedziałam i czekam aż ktoś mi da pić,ale w tej knajpie chyba takiego czegoś jak MENU nie mają,racja?-oznajmiłam z goryczą w tonie,oraz z lekką nadzieją.
-Jak chcesz.Możemy jechać do parku.
-Dobra,tylko szybciorem.-Gdy wychodziliśmy jeden facet dał Scottowi w twarz,złapał go za koszulkę i przyciągnął do ściany.Warknął do niego nie zrozumiałe słowa i odszedł.Gdy weszliśmy do samochodu,oznajmiłam.-Co to byli za kolesie i czemu cię zaczepili!?
-Powiedzmy że mam parę wrogów,dobrze?
-Słuchaj,jesteś dla mnie ważny...-Shit!Powiedziałam to.Szczerze nie chciałam by Scott wiedział że mi na nim zależy,a ja puściłam parę z ust.
-Ty dla mnie też,ale co ja poradzę?Możemy o tym nie gadać?-Ważna dla niego,cóż robiło się ciekawie.
-Dobra,jedźmy do mnie.Nie ma nikogo i jakoś nie chcę mi się jechać do parku.
-Co chcesz powiedzieć przez "Jedźmy do mnie" oraz "Nie ma nikogo w domu",hmm?-jego uśmiech mówił sam za siebie o czym teraz myśli,było to irytujące a zarazem urocze.
-Oj zamknij się!-Po jakiś piętnastu minutach przyjechaliśmy,otworzyłam drzwi,weszliśmy i wbiegliśmy na górę,zaproponowałam jakiś film,ale on nie miał na niego ochoty.Włączyłam u mnie w pokoju TV i oglądaliśmy jakiś maraton.
-Wróćmy do tematu.Powiedziałaś że jestem dla Ciebie ważny,czyż nie?-uniósł brwi.
-Tak,ale co z tego?
Zaśmiał się.-To z tego że fajnie wiedzieć że od paru dni się komuś podobam.
-Ale zabawny,lubię cię to wszystko.
-Jasne...
-NO JASNE.
-Słuchaj,Ellie.Nie zdziwiłbym się jakbym ci się podobał,bo spójrz na mnie.Jestem ideałem,czyż nie?-skromnym ideałem,skarbie.Chciałam to powiedzieć,ale powstrzymałam się od tego.
-Aż szkoda z tobą rozmawiać.-powiedziałam.Przysunął się w moją stronę,po czym położył na mnie.Palcem dłoni odgarnął włosy z twarzy,spojrzał mi głęboko w oczy,tak samo jak ja jemu.Pocałował mnie.Szczerze nie przerywałam mu,nie chciałam nawet tego.Włożyłam mu rękę pod koszulkę i wbijałam paznokcie w jego plecy,natomiast on zdjął ze mnie t-shirt.Czułam się inaczej,tak miło.Ja i Scott znaliśmy się od zawsze,a myśląc że w żłobku budowaliśmy razem babki z piasku,a tego że teraz się całujemy,poczułam się niekomfortowo.Z dołu usłyszałam głos mojej mamy,wchodzącej po schodach.Cholera!Teraz to się narobiło.Wstaliśmy odruchowo,Scott wszedł do łazienki,a ja wlazłam pod kołdrę.
-Hej,kochanie.Jak minął Ci dzień?-spytała.
-Dobrze,do czasu,ale dobrze.-do czasu miałam na myśli "Do czasu aż wparowałaś mi w paradę!"
-To świetnie,kładź się spać,późno już.
-OK.Pa.-po tych słowach wyszła,ja zeszłam z łóżka i otworzyłam drzwi do łazienki w samym staniku.-Poszła,geniuszu.
-To fajnie.Słuchaj ja będę się zbierał bo mam osiem nieodebranych od matki,do zobaczenia w szkole.-Podszedł ze mną do okna,otworzył je,usiadł na werandzie.Ujął w dłonie moją twarz po czym mnie pocałował i wyskoczył z okna.Zobaczyłam czy nic mu nie jest,ale biegł do samochodu i odjechał.Położyłam się spać.Leżąc tak w pidżamie,rozmyślałam czy to dobrze że mama wkroczyła,bo mogło wyjść coś więcej,czy nie.Szczerze zawdzięczałam jej to,ale też byłam zła,że mi to przerwała.Cóż, jutro spotkam się z nim w szkole,więc nie jest tak źle.Myślałam co będzie dalej,miałam dosyć poważny problem bo nie wiedziałam jak to ująć,ale zależało mi na nim.Prawdę mówiąc...Kocham go...

sobota, 9 czerwca 2012

Rozdział Siódmy

Weszłam do środka mieszkania,było puste.Miałam ochotę się położyć,ale przecież obiecałam Chelsea że porozmawiamy na facebook'u.Wchodziłam po wylakierowanych schodach,koloru brązowego starego drewna,mój pokój znajdował się nie dalej od schodów,na przeciwko pokoju mojego brata.Nie byłam dość schludną osobą,ale zawsze postarałam się o porządek w pokoju.Włączyłam laptopa z firmy Apple, koloru miedzi, wpisałam hasło i weszłam w mini facebook,który pobrałam dawno temu,jeszcze przed śmiercią taty.Dość rzadko wchodziłam na komputer,a jak już weszłam to tylko by sprawdzić skrzynkę mailową.Chelsea była dostępna i to ona zaczęła rozmowę. "Hej,co tam?"-napisała.
"W porządku,tylko stało się coś bardzo dziwnego"-odpisałam.
"Co takiego??"
"Kiedyś miałam takiego przyjaciela Scotta.Gdy wracałam do domu,padł mi akumulator,więc postanowiłam się przejść na piechotę,przez las,ale kiedy szłam jakiś samochód przyśpieszył i zaczął jechać prosto na mnie,przestraszyłam się,więc uciekłam.Na moje szczęście musiałam oczywiście upaść na ziemię i skręcić kostkę,ale nic mi nie jest,gdy się czołgałam jakiś mężczyzna wyszedł z auta,podniósł mnie i powiedział : Ogarnij się,Spark: Już wiedziałam że to Scott i odwiózł mnie do domu.Dziwne czyż nie?"
"Trochę mi coś tu nie pasuję,dlaczego on na ciebie jechał?I czemu akurat w tym miejscu,czy to nie dziwne by siedemnastolatek jeździł w nocy po lesie?"
"Sama nie wiem,ale nie chcę teraz o tym myśleć."-napisałam.
"Cóż,ma urodziny szybciej od nas,ale tak czy siak jest w naszym wieku.Jak tam chcesz" -odpisała
"Ta.Słuchaj,jestem zmęczona tym wszystkim,pogadamy jutro.Na razie."
"No pa"-wyłączyłam komputer i położyłam się spać.Moje powieki stopniowo zamykały się,a umysł odpływał.Mój sen,był jak prawdziwy.Śnił mi się...Scott?Był tam ubrany w czarne jeansy,bez koszulki.Jego klatka piersiowa była cała umięśniona,stałam na przeciw go.Moje wargi były spięte,a ręce mokre od potu.Podszedł do mnie,złapał mnie za rękę i przytulił do siebie.Nie była to prawdziwa chwila,ale jakże realna.Czułam jego ciepło i dotyk,jakby był ze mną w tej chwili.Wtuliłam się w niego,wbijając paznokcie w jego plecy.Uniosłam głowę a on zaczął się zamazywać...Znikał z obrazu...Po chwili zorientowałam się że się budzę,prawdę mówiąc nie chciałam tego tak bardzo jak małe dziecko kąpieli,nie czułam nic do Scotta,ale nie chciałam by to się kończyło.Po chwili otworzyłam oczy i byłam w swoim pokoju.Wiatr z otwartego okna,był chłodny lecz przyjemny dla skóry.Zeszłam z łóżka,otarłam oczy i weszłam do ubikacji.Umyłam się i w garderobie wybrałam odpowiedni strój,składający się z czarnego,krótkiego T-shirtu z nadrukiem "Metalica", ciemnoniebieskie jeansy szarpane i czarne conversy.Zeszłam na dół,wyjęłam z lodówki przygotowane kanapki i zjadłam je.Po chwili dostałam sms'a od Chelsea czy nie chcę się z nią spotkać w kawiarni,zgodziłam się i pojechałam w wyznaczone miejsce.Była godzina 12:30,czyli miałam jeszcze godzinę,do przyjazdu Scotta po mnie.Musiałam się sprężać,weszłam i usiadłam obok niej.Oczywiście zaczęły się pytania.
-Ładny jest?-zapytała.
-A może tak jakieś cześć,co tam u ciebie,hmm?
-No przepraszam,ale jestem podniecona.
-Uważaj bo ci po nogawce poleci.-zaśmiałam się.
-Haha.-udawała że ją to rozbawiło.-Słuchaj,chcę znać wszystkie szczegóły.
-No dobra,jest ładny.
-A kaloryfer ma?
-Taki w domu na pewno.
-Ale na klacie,geniuszko.-powiedziała.
-Chyba tak.
-No to słodko.-zaśmiała się.-Może coś z tego wyjdzie.
-Sama nie wiem,nie sądzę,ale nie mówię że nie.
-Eh..
Spojrzałam na zegarek,zasiedziałam się,było już po 13:45.Musiałam szybko dojechać do domu.
-Słuchaj,muszę już wracać,umówiłam się.
-No jak musisz to idź,na razie.Pozdrów Scotta Przystojniacha!
-EHE.- wybiegłam z kawiarni i pognałam do domu,jak już sądziłam Scott stał już po drzwiami,oparty o werandę.Podeszłam do niego i zapytałam. -Na kogo pan czeka?-uśmiechnęłam się.
-O! Witam,cóż moja wybranka stoi właśnie na przeciw mnie,słoneczko.-posłał mi nonszalancki uśmiech.Jego uśmiech zawsze szczery,a oczy błyszczały kolorem brązu.
-Dobra dość tych żartów,gdzie mnie zabierasz?
-Hmm..sądziłam o jakieś romantic,ale jakoś nie mam na nie ochoty,więc może park?
-A park nie jest romantyczny?
-Jak tam chcesz,królewno.
-Nie mów tak do mnie.-uśmiechnęłam się.
-Nie mogę,zawsze jak na Ciebie patrzę przypomina mi się ta mała Ellie w przebraniu księżniczki,heh.
-Zamknij się i wsiadajmy.-otworzył mi drzwi i przejechaliśmy chyba z trzy ulicę,po czym znaleźliśmy się w pięknym parku.Zapach był niesamowity,świeży,a ja wręcz czułam że wzrok Scotta jest skierowany w moją stronę,nie miałam jak tego nazwać,jednym słowem było to irytujące,a drugim przyjemne.-Wiesz masz pozdrowienia od mojej przyjaciółki,Chelsea.
-Ładne imię,Spark.
-Też tak sądzę,wiesz jakoś przyjemniej mi z Tobą,niż jakbym miała siedzieć sama w domu,co dość często robię.
-Nie masz przyjaciół,Spark?
-Mam jedną,reszta to takie łajzy,że wiesz,ale z Tobą jest inaczej.
-No bo to JA.Jestem niezastąpiony,aniele.
-Masz za wysoką,samoocenę.-zaśmiałam się.
-Mhm.-złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie.Patrzałam mu w te jego brązowe,niebiańskie oczy.-A ty też jesteś inna...Fajna...
-Czegoś chcesz,czy od zawsze jesteś taki?
-Hah,rozbawiłaś mnie,wiesz,mała?
-Chcę byś wiedział dwie rzeczy.Po pierwsze nie jestem mała,tylko niska.Po drugie zabawa,jest mi mało znana.
-Mogę to zmienić?-zaproponował.
-Zależy w jaki sposób.
-Jutro,bilard,dwudziesta,będę u ciebie.
-Dobra.-ruszyliśmy dalej.Koło godziny osiemnastej,podwiózł mnie do domu.Gdy wysiadałam odprowadził mnie do drzwi.Dotknęłam klamki,lecz on złapał mnie za rękę i oparł ją o ścianę.Spojrzał mi w oczy i musnął wargami moje wargi.
-Dobranoc,Spark.- po tych słowach,wrócił do auta,pomachał mi,a ja mu odmachałam i odjechał.Uśmiechnęłam się sama do siebie,po czym weszłam do domu.Na dole siedziała mama z Toddem,moim bratem i Abby.Oglądali mecz.
-Hej skarbie.-powiedziała mama,wtulona w Todda.
-Cześć...
-Jak ci minął dzień?-zapytała.
-A..w porządku.Byłam na mieście z Chelsea.-skłamałam,wiedziałam że mama Scotta zadzwoni do mojej i powie że przyjechała i ona będę spędzać ze sobą każdą wolną chwilę,ale nie teraz.
-No to fajnie,oglądasz z nami?
-Nie dzięki,chyba pójdę już do siebie.To był ciężki dzień.
-Jak chcesz...
Weszłam po schodach do góry i zamknęłam drzwi,usiadłam pod nimi i spojrzałam na telefon.W tej samej chwili dostałam sms'a od Scotta. "Podobało się?"-napisał.
"Wyjazd czy pocałunek?"
"Oba"-odpisał.
"Hmm..oba były w porządku,ale drugie całkiem przyjemniejsze"
"Wiedziałem że to napiszesz.Cóż dobranoc,niska..."
"Ej..."
"Dobra.Dobranoc,królewno."- uśmiechnęłam się,wstałam,przebrałam w piżamę,skorzystałam z toalety,po czym położyłam się spać.Po godzinie dwudziestej drugiej usłyszałam jak Abby wychodzi do domu.Wszyscy domownicy położyli się spać.Nie mogłam zasnąć,cały czas myślałam o Scottcie.Chciałam by przyśnił mi się właśnie on.I tak się stało.Stał przed moim domem,wpatrzony we mnie.Moje paznokcie wbiły się w jego plecy,całował mnie a ja odwzajemniałam pocałunki....

piątek, 8 czerwca 2012

Rozdział Szósty

W moim umyśle działo się tyle złych rzeczy.Widziałam dookoła kolorowe plamy,Abby i ... mojego tatę.Biegłam w jego stronę cała zadyszana i rozpłakana,lecz gdy byłam coraz bliżej on się oddalał.Chciała krzyczeć słowa "tato poczekaj!",ale na próżno.Wiedziałam że to tylko moja wyobraźnia i tak naprawdę tego nie ma,chociaż nie wiem jakbym chciała.Upadłam na kolana zasłaniając rękoma załzawione oczy,czułam się taka samotna i odrzucona.Chciałam dołączyć tam do góry,do mojego kochanego ojca,który jako jedyny mnie zawsze zrozumiał i wspierał.Żałowałam że go ze mną nie ma,nie było by tego wszystkiego,było by łatwiej i to o wiele.Często muszę nawet udawać inną osobę,ale jakoś przy Chelsea jestem sobą...Chelsea...zdawałam sobie sprawę że ją zraniłam.Gdy moje leki przestały działać omsknęłam się i rozejrzałam dookoła szukając mojej komórki.Leżała na  czarno-fioletowym blacie,na którym stała kolekcja noży mojej mamy i zapalniczka w kwiatowe wzory.Wzięłam ją do ręki i wstukałam numer Ches.Odezwała się poczta głosowa,rozczarowana usiadłam na podłodze w kuchni,wyciągnęłam rękę po zapalniczkę i jedną paczkę papierosów,po czym zapaliłam.Odkładając paczkę,podciągnęłam nosem,czułam że będę płakać,czego tak bardzo nie znoszę.Bawiąc się zapalniczką,zostawiłam ją w pewnym momencie na dłużej włączoną,przykładałam do ognia palec patrząc jak on wpływa na mój organizm.Zrobiło mi się słabo... Wciągnęłam ostatni raz dym,zapalniczkę włożyłam do kieszeni i z hukiem wybiegłam z domu.Wskoczyłam do chevroleta camaro,koloru srebrnego mojego brata i ruszyłam w stronę domu Chelsea.Omijałam wszystkie dłuższe trasy,chciałam być u niej jak najszybciej.Gdy już dojechałam zapukałam do jej domu,po chwili otworzyła mi sama Chelsea.
-Czego chcesz?-warknęła.
-Słuchaj,wiem że jestem idiotką i debilką że Ci tak wygarnęłam,ale ja naprawdę nie daję sobie z tym wszystkim rady.Musisz mi pomóc,to dla mnie za duży stres.Lecz zrozum,straciłam już za wiele i stracenie ciebie to byłby dla mnie ciężar dodatkowy,którego udźwignąć już sama nie dam rady,upadłabym licząc na pomoc,upadłabym zwracając już na pewno nie podnosząc się sama.Oddech mój byłby już za słaby,dlatego chcę byś mi pomogła!-powiedziałam do niej,licząc że chodź zrobiłam jej taką krzywdę,wybaczy mi.
-Eh...-westchnęła.-Wiesz,jesteś moją najlepszą przyjaciółką i głupio by było gdybym powiedziała że Ci nie pomogę.
-Czyli pomożesz?
-A mam jakiś wybór?
-No nie...
-Właśnie,słuchaj może wejdziesz?
-Chętnie,ale nie.Muszę jeszcze coś załatwić...
-A..Luz.No to do zobaczenia później!Popiszemy na facebooku.
-Jasne.Pa.-weszłam do samochodu,połykając dwie tabletki.Kłamałam z tym mam coś do załatwienia,ale jednak chyba coś miałam.Tak..Miałam.Musiałam odwiedzić mojego tatę.Nie byłam u niego już chyba trzy lata i te skromne odwiedziny by się przydały.Zaparkowałam od razu pod cmentarzem,było chłodno.Kupiłam dwa niebieskie i trzy czerwone znicze,które zapaliłam po śmierci mojego ojca,więc wiedziałam że te się nadadzą.Usiadłam obok grobu,wpatrując się w niego.Czułam pustkę,nie wiedziałam nic,łzy leciały mi strumieniami.Chciałam być kochana,przez kogoś takiego jak mój tatuś.Wstałam,wysłałam buziaka i wyszłam.Weszłam do samochodu,który nie chciał odpalić,więc musiałam iść na piechtaka.Nie ciągnęło mnie wracanie do domu przez mroczny las,ale nie miałam wyboru.Idąc rozmyślałam,o moim bracie i Abby.Czy ona dla niego aż tak dużo znaczy?Nie chciałam nic im psuć,ale to było dla mnie zdziwienie,bo przecież ona mówiła tyle złych rzeczy o ojcu i to dla niego nic nie znaczy?!Zauważyłam w oddali jakieś światła jadące w moją stronę,wystraszyłam się i biegłam w przeciwną stronę,on natomiast przyśpieszył.Gdy upadłam kierowca wysiadł i biegł w moją stronę...Czołgałam się,ale na próżno,podniósł mnie a ja zaczęłam krzyczeć i kopać go.Gdy powiedział do mnie " Ellie ogarnij się ! " Poznałam go...To był Scott, były przyjaciel z podstawówki,który przeprowadził się do New York.Scott jeździł pięknym lamborghini gallardo,szary.Weszłam z nim do auta i zaczęłam prawić mu kazanie.
-Oszalałeś?!Mogłeś mnie zabić!
-Też cię miło widzieć,Spark. Nic się nie zmieniłaś, jak zawsze uprzejma.-posłał mi zabawny uśmiech,którego ja nie odwzajemniłam.
-A ty jak zawsze słodki i wredny,oh.
-Co tu robisz wieczorem?
-Samochód mi się zepsuł,więc postanowiłam iść na piechotę,ale ktoś mi przeszkodził.
-Ups...-rozczarowany powiedział.
-A ty?To nie za bezpieczne?
-Ja?Ja tu przejazdem,znaczy się wracam z działki,mieszkam niedaleko Ciebie.Więc oto jestem,znowu!Tęskniłaś?
-Skromny również...
-Oj cicho.-i tak rozmawialiśmy,odwiózł mnie do domu,a gdy zamykałam drzwi od samochodu powiedział.-Dasz się gdzieś jutro wyrwać?
-Po co?
-A tak sobie,wiesz.Mam ochotę Cię znowu bliżej poznać,więc jak będzie?
-Jakoś nie mam nic do roboty,więc okej.
-Będę o 14.Pa.-odjechał.
Czułam się dziwnie,tak jakoś ciepło mi się zrobiło na sercu.Przyjemnie.

sobota, 5 maja 2012

Rozdział Piąty

Chłodny wiatr powiewał moimi włosami,a policzki zbladły.Powoli traciłam tak jakby nadzieję,że w tym świecie jest dla mnie jakieś miejsce.Chciałam iść do Chelsea,ale było mi głupio,by do niej pójść i znowu się nad sobą użalać,więc wzięłam wszystko na swoją rękę.Podmuchałam w ręce,by było mi trochę cieplej,rozejrzałam się dookoła,ale oprócz mnie nie było tutaj nikogo.Była godzina dwudziesta piętnaście więc dość wcześnie.Zaniepokojona ruszyłam szybkim krokiem przed siebie,prawdę mówiąc nie wiedziałam dokąd idę.Nie miałam wyznaczonego celu ten mojej podróży po ulicach Londynu.Jednak nienawidziłam w sobie jednej myśli.Myśl ta była przeze mnie tak znienawidzona jak,Abby,czyli nie do zniszczenia.Ona zjadała moją duszę każdego dnia,kiedy tylko spojrzę przez okno mojego pokoju i zobaczę tą samotną huśtawkę,na której parę lat temu byłam szczęśliwa,krzyczałam,uciekałam i bawiłam się z osobą najważniejszą w moim życiu.Osobą bez,której moje życie już dawno straciło sens.Beztrosko zawsze byłam szczęśliwa i kochana.Czułam to w sercu,które w tej chwili pęka z tęsknoty.Światło wielkiej latarni,przy której stałam oświecała mi drogę.Miałam ochotę wrócić do domu i płakać,ale teraz nie.Jeszcze nie.Mój uśmiech na twarzy zawsze był szczery,ale powoli ta szczerość sama mnie przerastała.Jestem osobą,którą nawet gwiazda nie zagra.Ta moja historia jest nie możliwa.Minęły dwie godziny,powoli szłam w kierunku mieszkania.Doszłam w dobre trzydzieści minut,na moje szczęście Abby już sobie poszła.Wyrzuciłam kurtkę i pobiegłam do pokoju.Byłam zmęczona,więc od razu zasnęłam.Następnego ranka nikogo nie było,a przy moim łóżku leżała karteczka o treści :"Pojechaliśmy do ciotki Eleny.W lodówce masz obiad.Wrócimy wieczorem".Cóż,pojechali do mojej cioci z tym pasożytem,a mnie nawet nie obudzili bym pojechała z nimi,ale takie klimaty nie są dla mnie,jak zawsze śmiali by się i wspominali te stare dobre czasy,którymi ja gardzę.Wstałam z łóżka i zeszłam na dół zrobić sobie śniadanie.Zjadłam dwa kawałki chleba i jajko na bekonie.Miałam ochotę wyjść z domu,ale sama nie wiedziałam gdzie ja jestem potrzebna.Ubrałam buty i wyszłam,zatrzaskując za sobą drzwi.Poszłam do bufetu gdzie zawsze spotykam się z Chelsea.Wiedziałam że ją tam spotkam i tak się stało.Przytuliłyśmy się i usiadłam naprzeciw jej.
-Wiesz nie wyglądasz zbyt dobrze.-powiedziała.
-Jakoś ostatnio źle się czuję.Nie mam na nic ochoty.
-Masz problemy?
-Nie.
Spojrzała na mnie wzrokiem mówiącym "coś się święci...",ale sama bałam się co.
-Wiesz,ostatnio tak jakoś czuję że mogę zrobić dosłownie wszystko a nawet nikt nie zauważy.Mogę stać w zatłoczonej sali i krzyczeć,ale nikt się nie odwróci,jakby mnie tam nie było.
-Do czego zmierzasz?-spytała.
-Do tego że w tym świecie nie jestem chyba nikomu potrzebna prawda?
-Jesteś potrzebną osobą.Tylko w to nie wierzysz,a to już oznacza że potrzebujesz pomocy.Chciałabym Ci jakoś pomóc,ale niestety jak na razie sama nie wiem w jaki sposób.-oznajmiła.
-Nie potrzebuję pomocy,daję sobie radę świetnie sama i nie chcę was tu.
-Słuchaj,ja chcę ci jakoś doradzić.
-Wiesz nie potrzebuję Ciebie,ani Todda ani mojego egoistycznego brata.Nie potrzebuję was rozumiesz!?-wybiegłam po tych słowach z restauracji,przez okno widziałam jak Chelsea na mnie spogląda.Wiedziałam że zraniłam jej uczucia,ale co ja mogłam zrobić?Gdy byłam już w domu,cała zapłakana,poszłam do kuchni i zdenerwowana szukałam moich tabletek.Niestety nie było już ich.Usiadłam na krześle i zaczęłam płakać.Tak bez powodu.Poczułam jak coś w mojej kieszeni szeleści więc wyjęłam to.To były moje tabletki,ostatnie dwie.Połknęłam się i wyrzuciłam opakowanie do kosza.Stałam w bezruchu.Po chwili zaczęłam się chwiać.Czułam jak lek działa na mój organizm.Upadłam na ziemię...


środa, 28 marca 2012

Rozdział Czwarty

Obudziłam się wczesnym porankiem,nawet nie miałam sił już wstać po tym co się wczoraj wydarzyło.Prawdę mówiąc nie miałam ochoty na cokolwiek.Spoglądałam na biały sufit,z dołu usłyszałam głos mamy:-Ellie!Śniadanie na stole!Chodź!-powolnym ruchem wstałam z łóżka,wzięłam głęboki oddech,po czym wyszłam z pokoju.Szłam dosyć wolno,obrzydzał mnie fakt że mojemu bratu podoba się ta "zołza" oraz to że muszę jeść przy jednym stole z Toddem.Nienawidziłam go,on myślał że zastąpi mi mojego tatę.Dla mnie on jest nikim.Wtrącił się do naszego życia,słucha problemów oraz doradza mi jak mam żyć.Miałam go dość.Schodziłam po schodach,właśnie miałam przed sobą ostatni schodek.Z Kuchni słyszałam już jak się śmieją, nie lubiłam tego.Od śmierci ojca nie pamiętam kiedy ostatnio śmiałam się z mamą..Było mi z tym źle.Stanęłam przy wejściu do Kuchni,oparłam się o drzwi i spojrzałam na nich złowrogo.Todd odwrócił się i powiedział:-No siadaj,nie stój tak.-co miałam zrobić?Powiedzieć mu że ma spadać z mojego życia bo jest żałosny?Cóż,usiadłam.Nie miałam innego wyboru.Przecież to chłopak mamy.Nie będę robić scen jakbym miała z sześć lat.Przede mną mama postawiła talerz pełen bekonu,jajek oraz tostów,dostałam również herbatę  malinową.Zaczęłam powoli jeść.W pewnym momencie mój brat powiedział do nas wszystkich zgromadzonych:-Słuchajcie chciałbym was o czymś poinformować.- zdziwiłam się tą wiadomością,zrobiłam dziwną minę i rozejrzałam się dookoła.
-Słuchamy,kochanie.-powiedziała moja mama z uśmiechem na twarzy.
-Bo zaprosiłem na dzisiejszą kolację Abby.Wiem mamo że potem wychodzicie do Kina,ale ja i Abby rozewrzelibyśmy jakiś film.Dobrze?
-No pewnie.Nie widzę w tym żadnego problemu,a Ty,Todd?
-Również nie,chętnie bym poznał dziewczynę,Kevina,czemu by nie?
-Czyli wszyscy się zgadzamy?-powiedziała mama.
-Ej,a mi już nie dacie dojść do słowa?-powiedziałam zdenerwowana.
-Ellie,nie wtrącaj się.-powiedział Kevin.
-Ale muszę,nie dość że jem przy jednym stole z nim,to jeszcze muszę tej zdzirze usługiwać jak przyjdzie?
-Ellie!?Jak ty mówisz przy śniadaniu.Dlaczego tak jej nienawidzisz?
-Bo mam powód.Ona wyzywała mnie od "zdzir","szmat" i "kurw" a ja mam z nią teraz kolacyjkę jeść?Ona to potwór nie człowiek!
-Chcesz czy nie ona i tak przychodzi.-powiedział mój brat.
-Dobra..Proszę bardzo..Idę do siebie.-urwałam się z krzesła i pobiegłam do siebie.Miałam tego kompletnie dość.Nie mogłam uwierzyć w to że mój brat jednak zakochał się w Abby..W niej..To nie jest możliwe,zawsze gdy zwierzałam mu się jaka to ona jest dla mnie okropna,przytakiwał mi i powiedział że nie mam się nią przejmować,a teraz ma gdzieś moje zdanie i robi co mu się żytnie podoba.Od kąt tata nie żyję,wszyscy nie liczą się ze mną.Interesuję ich tylko to co oni chcą.W moim sercu była pustka,której nikt nie mógł zakleić.Będzie tam do końca mojego życia.Nie mogłam się tak dołować więc zadzwoniłam do Chelsea,tylko ona umiała mnie rozerwać.Wcisnęłam szybkie wybieranie i zadzwoniłam..nikt nie odbierał..cóż,miała wyłączony telefon.Więc poczekam do tej kolacji.Położyłam się na łóżku i zasnęłam.Mój sen był głęboki.Śniło mi się jak razem z moim tatą siedzę w ogrodzie,siedzę na huśtawce a mój tata siedzi na ławce i czyta gazetę.Podbiegłam do niego i zabrałam mu gazetę,zaczął mnie gonić,śmiałam się,a on razem ze mną.Potem zaczął mnie chlapać wodą z baseniku.Byłam szczęśliwa...bardzo szczęśliwa...myślałam że to jawa,że mój tata jest ze mną..Chciałam by sen trwał cały czas,nie kończył się nigdy.
Około godziny dziewiętnastej mama zawołała mnie na dół bym zeszła na kolację,bo zaraz przyjdę ta zołza.Zabrała mnie z mojego raju..raju snów jak jawa.Nie mogłam się jej opierać więc zeszłam.Usiadłam na miejscu i  czekałam na "gościa".Gdy Abby weszła do domu,przywitała się i zaczęliśmy jeść.Moja mama zaczęła rozmowę.-No to opowiadaj Abby jak w szkole Ci się wiedzie.
-A powiem pani że bardzo dobrze.Ostatnio dostałam czwórkę z matematyki więc na koniec będę miała pięć.
-No to bardzo fajnie.Widzę że się dobrze uczysz,prawda?
-Cóż,na pewno się staram,chodź mam te dobre dni,jak i te złe.Prawda,Ellie?-jej ton mówił sam za siebie,a akcent był denerwujący.Wiedziałam co ma na myśli mówiąc to zdanie.Złe dni...Mówiąc to i kierując pytanie do mnie miała na myśli "Biedna,przykro mi że twój tata nie żyję..." Nie dałam za wygraną,ale nie będę robiła scen przy mamie.Więc odpowiedziałam jej.
-Wiesz,mi się wiedzie bardzo dobrze,ale nie powinno to dotyczyć Ciebie więc wiesz..
-No racja, to co dotyczy Ellie,dotyczy tylko jej.
-Sugerujesz coś?
-Skąd że.Mówię tylko że ludzie nie powinni interesować się życiem innych prawda?
-Prawda.-powiedziałam z ironią.
Po kolacji rodzice wyszli,a pięć minut później mój brat poszedł po kasety by mieć co oglądać ze swoją nową dziewczyną.Zostałam z nią sama.Wyłącznie sama...Niestety myślałam że będzie cicho,ale jak zwykle ona musiała otworzyć tą japę. -Słuchaj.Nie długo dzień ojca a ja nie wiem co kupić mojemu Tatusiowi.Ty na pewno swojemu kupisz znicz,ale wiesz,ja jeszcze nie muszę.-powiedziała to z uśmiechem na twarzy..
-Wiesz nie powinno Cię obchodzić moje życie.Wpierniczasz się w to w co w ogóle nie masz.
-Zrozum,ja niedługo będę tu mieszkać.
-Chyba po moim trupie.
-Wiesz,ja bym nie marudziła.
-Spadaj.
-Dlaczego mnie tak nie lubisz?
-Mnie się pytasz?Przezywałaś mnie i jeszcze wyśmiewasz się z mojego nie szczęścia.Wielka mi przyjaciółka się znalazła.
-Pf.Jakie lepsze imię dla dziecka.Martha czy może Alice?
-Nie interesuje mnie to.
-No jasne że nie.Ciebie nikt nie będzie chciał,ani nie chcę.Jesteś brzydką dziewczynką potrzebującą pomocy psychologa,bo nie może otrząsnąć się po śmierci taty.
Wkurzyłam się tak że nie mogło mnie już nic zatrzymać.Urwałam się z krzesła,podeszłam do niej i złapałam za koszulkę.-Słuchaj ty,mam Cię dość,odwal się ode mnie jasne!?Nie interesuję mnie to jak żyjesz czy z kim chodzisz,znajdź se innego faceta,bo robisz to tylko po to by być blisko mnie i dowiedzieć się o mnie więcej,by móc się z czego śmiać.-puściłam ją i podeszłam do drzwi,ubierałam kurtkę gdy mój brat złapał mnie za ramię,a Abby stała oparta o stolik.Kevin zapytał:-Gdzie wychodzisz?
-Idę do Chelsea.Nie chcę być z tą idiotką w jednym pomieszczeniu.Na razie.- po tych słowach wyszłam,a on ją pocałował!?Chciałam uciec...jak najdalej...




PS.Wiem że czwarty rozdział wyszedł dość późno,ale nie miałam czasu,ponieważ wiecie szkoła i te sprawy.Dziękuję za wysłuchanie i mam nadzieję że dalej będziecie czytać " Be Yourself."

czwartek, 1 marca 2012

Rozdział Trzeci

W metrze było strasznie ciemno,jedyne co oświetlało mi cokolwiek to parę dużych lamp.Oddychałam mocno zimnym powietrzem.Chciałam żeby przyjechał pociąg, nie miałam ochoty przebywać w tym miejscu,chciałam uciec,ale nie miałam gdzie.Tupanie było coraz głośniejsze,jakby ktoś był za mną.Sama nie wiedziałam co robić.Metro było brudne,pachniało tu alkoholem i tytoniem,obejrzałam się i zauważyłam dwie sylwetki wychodzące z korytarza,po sylwetkach rozpoznałam że to jacyś chłopacy,wyglądali na starszych ode mnie i o wiele wyższych,nie miałam ochoty na zaczepki,więc schowałam się między dwiema ścianami,na ziemi leżały wypalone papierosy i butelki po piwie.Oddychałam tak ciężko że bałam się że mnie zauważą.Próbowałam się uspokoić,ale na próżno.Mężczyźni chodzili po torach i krzyczeli jak wariaci,próbowałam zadzwonić do Chelsea. Wstukałam numer jej komórki,moje ręce trzęsły się jak galaretka.Bałam się że jak mnie zauważa będą zaczepiać,albo coś gorszego.Przyłożyłam słuchawkę do ucha i czekałam na jakiś sygnał.Powtarzałam sobie : "No Chess odbierz,odbierz proszę Cię." Gdy usłyszałam dźwięk byłam pewna że odebrała,ale to była jej automatyczna sekretarka.Zostawiłam jej wiadomość mając nadzieję że oddzwoni. Powiedziałam : "Cześć Chelsea,słuchaj jestem w metrze,jest tu dwóch chłopaków,którzy mnie przerażają,słuchaj proszę Cię,jak przyjedzie pociąg wysiądę obok Kina,więc czekaj tam na mnie.Na razie!" Gdy chowałam telefon na moje ogromne szczęście wypadły mi klucze,które zrobiły ogromny hałas na peronie.Byłam przerażona jak jeden z nich obrócił się i spojrzał w moją stronę.Nie zauważył mnie ale szepnął coś do kolegi,zaczęli iść w moim kierunku.W kierunku hałasu,który narobiłam.Podchodzili bliżej,a mój oddech robił się coraz cięższy i głośniejszy.Gdy jeden z drugim oznajmili że tam nikogo nie ma,wyjęli paczkę papierosów i wyjęli parę.To była moja szansa,szansa na ucieczkę.Powoli odsunęłam się ze ścian i biegłam w kierunku wyjścia.Poczułam pociągnięcie za włosy i upadłam na ziemię.Jeden z chłopaków krzyknął do drugiego : " TY ZOBACZ!Mamy dzisiaj szczęście!"Nie chciałam wiedzieć co to "szczęście" miało znaczyć w jego słowach,chciałam tylko wrócić do domu.Ten wyższy złapał moje włosy i podniósł moją głowę do góry,bym patrzyła mu w oczy.Wtedy niższy powiedział:-Okej,no to co zamierzasz?
-Hmm...Słuchaj panienko,co Ty tutaj robisz a tak późnej godzinie,mm?
Jąkałam się ze strachu.-Ja..chciałam tylko wrócić do domu..
-Biegiem?
-Bo byłam tu sama,a potem wy się pojawiliście i się wystraszyłam,gdy myślałam że coś mi zrobicie chciałam pójść na piechotę,więc miałam zamiar pobiec...
Puścił moje włosy,a ja uderzyłam się o ziemię.Podszedł do niższego i się naradzili..Po jakiś pięciu minutach ten wyższy powiedział:-Słuchaj..Czyli mówisz że jesteś tu po czekasz na pociąg,tak?
-No właśnie o tym mówię.
-Ok.Możemy Cię wypuścić i pójdziesz se do domku,jesteś za?
-Tt-tak. 
Wzruszył ramieniem i wskazał głową stronę wyjścia pokazując mi że mam "spadać". Więc nie czekając uciekłam w pośpiechu.Byłam rozpłakana,bo tak się bałam.Nie każdy taki chłopak wypuszcza,ale cóż,nie chciałam się tym przejmować szczerze,więc pobiegłam w kierunku przystanku.Biegnąc napisałam do Chelsea że ma nie przyjeżdżać i że spotkamy się jutro u mnie.Usiadłam na ławce i czekałam na autobus.Było zimno,a ulicę oświetlała jedna duża lampa.Myślałam że ten dzień już gorszy być nie może,ale jednak...Zza rogu wyszła Abby.Jak zwykle kręciła biodrami,wkurzało mnie to bo udawała nie wiadomo kogo.A to że jej ojciec ma kasiorę o niczym nie świadczy.Jest walnięta i tyle.Widziałam że idzie w moją stronę,więc nie chciałam pokazać jej że płakałam,miałaby satysfakcję z tego że będzie miała następny powód żeby mnie przezywać.Stanęła nade mną. dumnie,spojrzała na mnie z góry i westchnęła.Usiadła obok mnie,było cicho..aż za cicho.Myślałam że teraz skorzysta z okazji by mnie zjechać,ale nic.Kompletne ZERO.Jak jej IQ.Obejrzałam się dookoła,gdy skręciłam głowę w stronę Abby zrobiła wielkie oczy i rzekła. : -O! Ellie,nie zauważyłam Cię.Wiesz myślałam że to jakaś starsza pani.
-Ehe. - powiedziałam z ironią
Spojrzała na moje oczy,były czerwone,a cały tusz spłynął.-Słuchaj, mam pytanie.Ryczałaś?
-Wiesz co,ostatnią osobą której chciałabym to mówić,byłabyś właśnie TY.Więc nie pytaj się głupio,bo dobrze wiesz że Ci nie odpowiem.
-Pf..Tylko wiesz że jak ryczałaś to ja i tak się dowiem dlaczego.
-Hmm?Jakim cudem,idiotko?
-A takim frajerko że ja mam swoje źródła.Przed Abby Kiss nic nie umilknie,ja wiem o wszystkim w tej szkole.
-Ciesze się razem z Tobą.A tak w ogóle słyszałam że podoba Ci się mój brat.Wiesz że nie masz szans.
-Jesteś tego pewna?Bo wiesz gadałam z jego kolegami i Kevin powiedział że jestem niezła.A więc będziemy razem szybciej niż Ci się wydaję.A dzisiaj siedziałam mu na kolanach,sam zaproponował.
-I myślisz że ja w to uwierzę,kretynko?
Zatrzepotała rzęsami i weszła do autobusu,który właśnie przyjechał.Usiadłam jak najdalej niej.Założyłam słuchawki na uszy i włączyłam odtwarzacz MP3 w mojej komórce.Gdy autobus ruszył spoglądałam przez okno.Po jakiejś chwili dostałam SMSa od ABBY?! "NIE UDAWAJ ŻE NIE WIESZ ŻE JA MU SIĘ PODOBAM." Zrobiłam wielkie oczy i odpisałam "NIE UWIERZĘ W TO,WARIATKO!" Dostałam po chwili "WIESZ ŻAŁOSNA JESTEŚ,FACETA NIE MIAŁAŚ WIĘC NIE WIESZ.BIEDACTWO,CIEKAWA JESTEM CO DASZ TACIE NA DZIEŃ OJCA." Łza kręciła mi się w oku na to słowo.No tak,niedługo dzień ojca,w naszej klasie rodzice są zaproszeni na obiad.Ze mną przychodziła tylko mama... "SŁUCHAJ,ODWAL SIĘ ODE MNIE I ZAJMIJ SIĘ SWOIMI SPRAWAMI!" Nie odpisywałam jej już,nawet nie chciałam widzieć co do mnie pisała.Gdy wróciłam do domu,pobiegłam do pokoju brata wyjaśnić to wszystko.Trzasnęłam za sobą drzwiami. -Słucha,albo jesteś taki głupi,albo bardzo chory.Jakim cudem dla Ciebie,mojego brata Abby jest NIEZŁA!?-Byłam zdenerwowana.
-Słuchaj,nie wiem o co Ci chodzi,Abby jest sympatyczna i dobrze się dogadujemy.
-SYMPATYCZNA!?Proszę Cię,dla Ciebie sympatyczna jest osoba,która wyzywała mnie od "szmat"?!
-Ellie,proszę Cię..
-Ona jest moim odwiecznym wrogiem!Facet ogarnij to czego od niej chcesz!!
-Ellie,wyjdź z mojego pokoju,wkurzasz mnie.
-Ale Kevin,miałeś mnie wspierać!
-Wyjdź. -wypchnął mnie z pokoju.
-Dzięki!Jesteś cudownym bratem! Idź do tej swojej Abby frajerze!-Z płaczem pobiegłam do pokoju,byłam wściekła na brata że tak mnie potraktował. Nie dość że Abby mnie wyzywa,Chelsea coś ukrywa,brat kręci z moim największym wrogiem to jeszcze matka łazi z tym padalcem! Miałam dość wszystkiego.Chciałam zginąć...Ale utrzymywała mnie obietnica ojca,obiecałam mu przed śmiercią te słowa "Tatku...Obiecuję że będę się starać i dam radę!" Chociaż to nie takie proste,spadłam na łóżko i ryczałam.Chciałam żeby to wszystko się skończyło.Jak Abby będzie chodzić z moim bratem,to będzie tu przyłazić i może jeszcze nocować,totalna porażka, a i jeszcze ci mężczyźni na peronie...Cały czas dalej jestem podenerwowana.Ze łzami w oczach,nuciłam piosenkę,którą tata mnie nauczył,dawno temu. :
When somebody loved me
Everything was beautiful
Every hour spent together
Lives within my heart 


And when she was sad
I was there to dry her tears
And when she was happy so was I
When she loved me

Through the summer and the fall
We had each other that was all
Just she and I together
Like it was meant to be
And when she was lonely
I was there to comfort her
And I knew that she loved me


So the years went by
I stayed the same
But she began to drift away
I was left alone
Still I waited for the day
When she'd say
I will always love you

Lonely and forgotten
Never thought she'd look my way
And she smiled at me
And held me
Just like she used to do
Like she loved me
When she loved me


When somebody loved me
Everything was beautiful
Every hour spent together
Lives within my heart


When she loved me...

Tłumaczenie :

Kiedy ktoś mnie kochał
Wszystko było piękne
Każda godzina spędzona razem
Mieszka w moim sercu


A kiedy była smutna
Byłem tam do wyschnięcia łzy
A kiedy była szczęśliwa tak miałem
Kiedy mnie kocha


Przez całe lato i jesień
Mieliśmy ze sobą to wszystko
Tylko ona i ja razem
Podobnie jak to miało być
A kiedy ona była samotna
Byłem tam ją pocieszyć
I wiedziałem, że mnie kocha


Tak więc z upływem lat
Zostałem sam
Ale zaczęła się odpłynąć
Zostałam sama
Wciąż czekałem na ten dzień
Kiedy mówiła
Zawsze będę cię kochać


Samotny i zapomniany
Nigdy nie myślałam, że spojrzysz w moją stronę
I uśmiechnęła się do mnie
I trzymał mnie
Podobnie jak ona czynili
Jak mnie kocha
Kiedy mnie kocha


Kiedy ktoś mnie kochał
Wszystko było piękne
Każda godzina spędzona razem
Mieszka w moim sercu


Kiedy mnie kocha ...

Tą piosenkę śpiewała Ellie ...

niedziela, 26 lutego 2012

Rozdział Drugi

Leżałam tam nie przytomna jakąś godzinę.Mój brat właśnie szedł do swojego pokoju,spojrzał w dół i zobaczył mnie leżącą na ziemi.Pierwsze co przyszło mu do głowy,to żeby zawołać mamę,ale sam nie był do końca pewny,bał się że mogło mi się coś stać poważnego.Jak upadłam uderzyłam głową o twardą podłogę.Pomyślał że dostałam wstrząśnienia mózgu,wstał i zbiegł na dół.Parę razy z pośpiechu się potknął.Mój dom składał się z głównego wejścia,wchodząc był długi korytarz,po lewej stronie kuchnia a po prawej salon.Na końcu korytarza można znaleźć małą łazienkę,oraz drzwi prowadzące na dół do piwnicy.Spoglądając przed siebie można zauważyć drzwi,które prowadzą do ogródka pełnego kwiatów i drzew,które mój ojciec tam zasadził.Byłam mała,pomagałam mu w tym.Nie zapomnę tego gdy złapał mnie za moje małe rączki i posadził na huśtawce,swoimi dłońmi huśtał mnie wysoko.Czułam się wtedy jak w jakiejś bajce,dookoła śpiewały ptaki,wiatr powiewał delikatnie moimi włosami na różne strony.Moje policzki były różowe,uśmiech zawsze szczery.Tata powiedział żebym się trzymała bo inaczej spadnę.Trzymałam się mocno,nie chciałam puścić,myślałam że to sen,lecz to wszystko było na jawie.Chciałam żeby to nigdy nie mijało.Zawsze z tatą następnie piliśmy zimną lemoniadę,pomagał mi zawsze zasadzić te pomarańczowe kwiatki.Ostatniego dnia życia mojego ojca złapał mnie za rękę i powiedział : "Ellie,kwiatuszku.Chodźby nie wiem co się stało pamiętaj kim jesteś.Jesteś moją małą córeczką i nie zapominaj o tym. " Następnego ranka chciałam pobawić się z tatą w ogrodzie,weszłam moimi małymi stópkami po tych schodach,wskoczyłam do łóżka i mówiłam :"Tato!Słońce świeci,obudź się i chodź się pobawić..."Nie odpowiedział mi,zawołałam mamę i wezwała pogotowie.Dowiedziałam się że mój ojciec dostał zawału dwie minuty przed moim przyjściem.Pojechałyśmy do szpitala,płakałam.Nie chciałam by mój ojciec umarł.Nie teraz,potrzebowałam go.Wtuliłam się w niego a on powiedział jak bardzo mnie kocha.Przychodziłam codziennie do taty.Lecz na marne,mój ojciec zmarł.Na pogrzebie powtarzałam sobie:Tatku,kocham Cię tak bardzo na zawsze.Nie chciałam by go zakopali.Był dla mnie wszystkim co miałam.Wracając do domu,schody były szerokie,potem idąc prosto po lewej stronie jest łazienka,na końcu korytarza po prawej mój pokój,a po lewej pokój brata, na samym końcu przed sobą,pokój rodziców.Mój brat wbiegł do salonu.-Mamo!Ellie jest nie przytomna!
-Co?-wszyscy przybiegli do góry, położyli mnie na łóżku i czekali aż się obudzę. Minęła godzina,powoli zaczęłam odzyskiwać przytomność.Widziałam że mama jest zła,zacisnęła zęby.Nie chciałam jej rozzłościć.Ale jestem tylko dzieckiem z problemami.Jak każdy,ale moje były zbyt trudne.Wiedziałam że mama zacznie zaraz to swoje wielkie "pouczanie". -Co Ci znowu przyszło do głowy!?
-Co znowu? Nic,źle się poczułam i tyle.
-Dziwne że Ty jakoś codziennie źle się czujesz,wszyscy robią dla Ciebie a Ty nic!
-Wszyscy?!A co Ty zrobiłaś dla mnie!?Po śmierci ojca znalazłaś se tego frajera by nie czuć się sama,ale nigdy nie zrobiłaś nic dla mnie!
-On dla Ciebie dużo robi!
-ON!?ON nie jest moim ojcem i nie proszę go o to!Mam go w dupie!
-Mam Cię już dość,troszczymy się o Ciebie a Ty nic!
Mój brat doszedł do tej dyskusji.-Mamo,Ellie ma rację,nie widzisz świata poza Toddem a Ellie potrzebuję Twojego wsparcia.Jest zagrożona.
-Co?!Znowu!?Ellie kurde!Mam dość tych zagrożeń,weź Ty się w garść i się ucz a nie !
-Ale mamo...
-Żadne ale , wychodzę z Toddem,żegnam.-Mama trzasnęła drzwiami.
Byłam zła,rzuciłam jej zdjęciem o ścianę. Nie mogłam uwierzyć że nie jestem dla niej ważna,tylko ten zasrany Todd.Ona to ma tupet..Chciałam umrzeć...właśnie teraz.
-Słuchaj..
-Nie mam ochoty gadać,wychodzę.Pa.-Po czym wyszłam z pokoju,nawet nie chciałam rozmawiać z moim bratem,a to dla mnie nowość.Zawsze razem rozmawialiśmy,ale teraz nawet nie miałam siły.Chciałam uciec od rzeczywistości,poszłam więc do ogrodu mojego ojca.Usiadłam na starej huśtawce,była już zardzewiała, nie pamiętam kiedy ostatnio na niej się bujałam,ale miałam nadzieję że jeszcze mnie utrzyma.Odepchnęłam się nogą i rozbujałam wysoko,tak jak wtedy mnie mój kochany,tata.Chciałam wyżej, i wyżej , i wyżej.Wpadłam w trans,zamknęłam oczy i zobaczyłam tam małą Ellie z ojcem w ogrodzie bawiących się w księżniczkę.Mój tata przebrał mnie i był królem,a ja królową.Poczułam jak łza leci mi po poliku.Huśtawka się zatrzymała,siedziałam tam przez dłuższą chwilę.Płakałam,właśnie teraz.Otarłam łzy rękawem swetra,dostałam kataru.Usłyszałam że dzwoni telefon w mojej kieszeni więc odebrałam,usłyszałam głos Chelsea. -Hej,co robisz?
-Teraz?Użalam się nad sobą,a co?
-Nie nic,po prostu tak pytam,chciałabyś ze mną przejść się do knajpki Ell Jonson?
-No dobra,spotkamy się na miejscu,pa.-Po czym się rozłączyłam,musiałam wyjść z doła i to była okazja by się dowiedzieć co pisała Chelsea. Więc ruszyłam,po jakichś trzydziestu minutach byłam na miejscu,Chelsea była już w środku,weszłam więc i usiadłam koło niej.Z kuchni było czuć piękne zapachy różnorakiego jedzenia.Ja i Chelsea zawsze zamawiamy pączki z lukrem więc dla nas to normalne.Chelsea zaczęła rozmowę.-Czemu się użalałaś?
-Wiesz,wróciły myśli ze starych czasów.
-Ah..żyjesz przeszłością.
-Możliwe,dobra po co chciałaś się spotkać?
-A tak sobie,na plotki.Bo wiesz dowiedziałam się dość dużo.
-Mianowicie.
-Wiesz,bo podobno Abby jest zakochana w Twoim braciszku.-posłała mi diabelski uśmieszek.
-Coś ty?
-Na serio.-I tak rozmawiałyśmy, po pewnym czasie,weszła Abby ( mój odwieczny wróg i najgłupsza dziewczyna w szkole )
-Hej,widzę że nadal jecie te pączki .
-Spadaj.-powiedziałam z lekką ironią
-Hm,według mnie będziecie grube.
Chelsea się włączyła.-Abby możesz iść bo zasłaniasz mądre osoby.
-Żałosne jesteście.-Nareszcie paszczur polazł. Cóż, po jakimś Chelsea też poszła, a ja nadal nie wiem co pisała w zeszycie.Więc wyszłam,szłam sama,było ciemno.Jakoś tak 21-22 coś koło tego.Weszłam do metra,byłam sama.Bałam się.Z oddali usłyszałam tupanie.. I jak zwykle wpadłam w kłopoty...