Siódma rano,poniedziałek. W szkole miałam pojawić się na godzinę ósmą,więc miałam jeszcze całą godzinę. Usiadłam na krawędzi łóżka,rozejrzałam się dookoła i wstałam. Pokój ogarniała dzienna "ciemność", słońce zasłaniały chmury,nie podobne do dziennego. Dzień zapowiadał się teoretycznie zwyczajnie, ale cóż tak samo zwyczajnie zapowiadał się dzień śmierci mojego ojca,więc "zwyczajność" w tym zdaniu jest względna. Weszłam do toalety by się wyszykować,umyłam twarz zmywając resztkę tuszu do rzęs z wczorajszego wieczoru, włosy spięłam w długi kucyk, a odzież moja była stworzona z granatowych jeansów, ciemnoczerwonej ciasnej koszulki, bluzy bejsbolowej o kolorze czerwonym oraz białych conversów. Po wyjściu z toalety, udałam się do kuchni. Schodząc na dół przypomniałam sobie,że w szkole mam spotkać się ze Scottem. Na samą myśl o nim robiło mi się ciepło na sercu, czułam zapach jego perfum, czułam siłę jego mięśni w takim samym momencie,gdy mnie przytula, czułam się bezpieczna właśnie przy nim, lecz nie wiedziałam czy on tak samo myśli o mnie. Podejmować pochopnych decyzji też nie zamierzam, nie chcę cierpieć i każdej nocy czuć się samotnie. Muszę odczekać, choćby miało mi to zająć całą wieczność, muszę odczekać. Podeszłam do lodówki, wyjęłam z niej mleko, z szuflady po mojej lewej stronie łyżkę,z szafy pode mną miskę, a z szafy nade mną płatki kukurydziane. Wsypałam do miski odpowiednią ilość płatków, po czym wlałam mleko. Wszystko odłożyłam na swoje miejsce, usiadłam w jadalni i zaczęłam jeść moje śniadanie. Wszyscy mówią że śniadanie to najważniejszy posiłek dnia, ale ja bardzo rzadko jem śniadanie. Gdy mój ojciec jeszcze żył, codziennie mnie budził i ścigałam się razem z nim kto pierwszy dobiegnie do kuchni. Po "wyścigu" przygotowywaliśmy właśnie taki posiłek i razem jedliśmy go w ogródku, gdy było ciepło. W zimę śniadanie jadaliśmy przy kominku, tak samo jak kolację. Były to czasy wtedy dla mnie naprawdę wspaniałe, jako dziecko sądziłam że miałam najlepsze dzieciństwo, tylko szkoda że ono tak szybko się skończyło... Każdego dnia przeklinałam moją naiwność, trudno było mi się z tym pogodzić, teraz jest lepiej, ale dalej nie zapomnę tego co było. Jest dobrze,ale tęsknie za tym wszystkim. Moja mama nie zrozumie tego jak to boli, kiedy ona opowiada i zachęca Todda, by robił to co mój ojciec, nie dość że to nie ma sensu, to jeszcze ona bardziej przypomina mi o tym co było dla mnie tak ważne i co tak łatwo, szybko straciłam. Ludzie nie zdają sobie sprawy z postaci rzeczy że jest osoba, która w życiu każdego człowieka zmienia je na lepsze, lub gorsze. Nie umieją pojąć tego jak to cholernie boli, nie wiedzą o tym, co człowiek przeżywa fizycznie jak i psychicznie. To wszystko źle wpływa na nas, nie tylko w organizmie, jak i w psychice. Musiałam się jakoś pozbierać ze wspomnień dotyczących tych wspaniałych czasów, odłożyłam miskę do zmywarki i wyszłam z domu. Powolnym krokiem szłam w stronę przystanku autobusowego, gdzie zawsze czekałam na Chelsea lub na autobus szkolny. Tym razem na to drugie. W krótkim czasie przyjechał autobus, zajęłam moje ulubione miejsce w przed ostatnim rzędzie po prawej stronie, przy oknie, włączyłam MP3 w komórce i założyłam słuchawki. To były ostatnie dwa dni szkoły, nie wiedziałam czy mam się cieszyć czy nie, tak byłam zagrożona ale z reszty przedmiotów miałam dobre oceny, gdyby nie te zagrożenia miałabym pasek... Do szkoły nie jechało się długo, góra dwadzieścia minut, bez korków. Droga do niej była łatwa i szybka w dojeździe. Autobus zatrzymał się, wiedziałam że trzeba wysiąść. Dzisiaj miałam tylko trzy lekcje, biologię, chemię i w-f. To świetnie, że pani Montgomery nie było, bo musiałabym pisać sprawdzian z matematyki, a pod wpływem stresu totalnie o nim zapomniałam. Może to i lepiej,bo gdybym musiała to pisać,nie zdałabym matmy. Na korytarzach mojej szkoły było głośno, dziewczyny wychodziły z łazienek rozbawione, chłopacy pokazywali sobie nawzajem swoje umięśnione barki, inne dziewczyny, właśnie te,które uczą się dość dużo, siedziały pod salą i uczyły się na następującą lekcję. Moja sala mieściła się między salą 254 B. Pod moją salą, stała ze swoimi "podwładnymi" Abby. Za jakie grzechy musiałam chodzić z nią do klasy? Jej podwładne Megan i Nicole są głupsze od niej. Czyli przyjaźń dopasowana. Na moje nieszczęście zauważyła mnie i oczywiście podeszła do mnie ze swoim uśmieszkiem na twarzy, który z chęcią bym jej ten uśmiech z twarzy wydarła,ale mniejsza z nią.
-Zobaczcie kogo my tu mamy,oh. -zignorowałam jej słowa,jakby były niczym wiatr.
Wiedziałam że świdruje mnie wzrokiem, ale sama nie wiedziałam dlaczego...
-Wiesz,Twój brat jest bardzo romantyczny,zabiera mnie dzisiaj na kolację przy świecach,do tego bardzo,bardzo drogiego baru na przeciwko sklepu "Diamond chic",pewnie jeszcze się tam wybierzemy i kupi mi tą śliczną sukienkę z cekinami,jest obrzydliwie droga,ale dla mnie wszystko.-Jej ton był bezczelny.Abby można było opisać w trzech słowach: suka,suka,suka. Taka była i nie da się tego zmienić.Jedno co mnie dzisiaj uszczęśliwiało to wiadomość,że spotkam się ze Scottem. Dzwonek zadzwonił, Abby i jej mini księżniczki pierwsze weszły do sali i zajęły miejsca w pierwszym rzędzie, ja natomiast skierowałam się na sam tył. Mój nauczyciel, chemii wiedział jak się uczę,jakimś sposobem mnie zdał.Teoretycznie zadziwiające. Na rozkaz pana wyjęliśmy zeszyty ćwiczeń i zajęliśmy się tym co nam wyznaczył, robota była łatwa,więc zrobiłam najszybciej z całej klasy, chociaż byłam najgorsza, przez stres wywołany od śmierci ojca. Abby i jej przyjaciółki jak zwykle śmiały się całą lekcję, odwracały i gadały z każdym chłopakiem w klasie. Lekcja ta jak i następna czyli biologia, wypadły nieźle i sprawnie, teraz czas na w-f. Sala gimnastyczna jest na przeciwko siłowni,gdzie teraz ma zajęcia Scott. Wiedziałam że niedługo wyjdzie na przerwę i się z nim zobaczę, świetnie. Stałam pod drzwiami do siłowni, czekając aż z niej wyjdzie Scott. I jak na zawołanie właśnie stamtąd wyszedł, podeszłam do niego i przytuliłam mocno. Znowu czułam jego zapach, ten świeży i niesamowity. Czułam że się w nim zakochałam, to było niesamowite.
- No cześć, co dzisiaj robisz? - spytał, po czym musnął mój policzek.
- Ja?Hmm, zależy, a co masz dla mnie jakąś ofertę godną wyjścia?
- Chciałem Cię zabrać na wrotkowisko.
Zastanowiłam się. Ja i wrotki? Ja nie umiem jeździć, w tych sprawach byłam ciapa totalna, tata nie zdążył mnie tego nauczyć.
- Nie umiem jeździć. - powiedziałam w końcu.
- To co? Nauczę Cię i będzie przynajmniej zabawnie.-mrugnął do mnie.
- No sama nie wiem...
- Zgódź się. Wolisz siedzieć cały dzień na kanapie i mieć wszystko w dupie, zamiast się zabawić? Kobieto, zejdź na ziemię, czas zabawy, niedługo koniec roku. Imprezy, alkohol, zabawa, przyjaciele, wyjazdy. Luz blues.
Nie chciałam mu odmówić,ale przeraziłam się jego tonem mówienia o alkoholu i w ogóle. Nie znałam Scotta z serii "zabawny pijak" i nie byłam pewna czy chcę takiego poznać...
- No dobra, ale naucz mnie tego.
- Nie ma sprawy, to przyjadę po Ciebie o dziewiętnastej trzydzieści, tylko się nie spóźnij.
- Masz to jak w banku. - Cholera, zgodziłam się. Nie dość że on mi się podoba to jeszcze się przed nim upokorzę, totalne zażenowanie. Zadzwonił dzwonek to znaczy że trzeba iść do szatni. Wchodząc po schodach zauważyłam jak Abby przezywa moją koleżankę z klasy, Rachel. To drobna osóbka, krótkie blond włosy, szczupła, jasna karnacja. Nie znam jej tak dobrze, zamieniłam z nią tylko parę zdań to wszystko. Podeszłam do Abby, pchnęłam ją i warknęłam.
- Zostaw ją w spokoju, idź do tych twojego intelektu, frajerko. - wykrzyczałam.
- Weź spadaj, dziwadło.
Wzięłam Rachel za rękaw i pociągnęłam do szatni. Tam mogła się przebrać,z resztą tak jak ja. W-f miałyśmy za nie całe dziesięć minut, więc musiałam się sprężać. Założyłam szybko top do ćwiczeń, krótkie spodenki i zmieniłam buty. Gdy wychodziłam Rachel złapała mnie za rękę i powiedziała cicho.
-Dziękuję...- uśmiechnęłam się do niej w geście "Nie ma za co". Zbiegłam na dół, ustawiliśmy się posłuchaliśmy nauczyciela, po czym weszliśmy na salę. Dzisiaj gramy w zbijaka, no to niezły plan by się zrewanżować Abby. Piłka leciała nad moją głową, złapałam ją i rzuciłam w stronę przeciwnika,którym właśnie była Abby. W ramach zemsty ta rzuciła mi mocno piłką w brzuch, a na dodatek uderzyła piłką w głowę,Rachel. Zdenerwowałam się, wzięłam piłkę i uderzyłam nią Abby tak mocno jak tylko umiałam,choć brzuch mnie bolał strasznie. Abby upadła i wykrzyczała na całą salę.
- Fuck You! - lekcja się skończyła, wszystkie poszłyśmy do szatni, Abby zatamowała mi wejście swoim ciałem,pchnęłam ją, a ona odleciała do tyłu, pociągnęła mnie za włosy, ja jej oddałam w twarz. Przebrałam się szybko, gdy ta zaczęła się ze mnie śmiać z Nicole i Megan. Gdy wyszłam Abby wykrzyczała na szatnie.
- Ellie Spark to dziwka! - jej podwładne zaczęły się śmiać, a mi zrobiło się gorąco w środku. Podeszłam do niej i przywaliłam jej z pięści w pysk. Ta zaczęła mnie wyzywać od szmat i innych, a ja po prostu wyszłam z szatni i wybiegłam ze szkoły, przed którą czekał na mnie autobus. Byłam zła tak jak nigdy wcześniej. Eh. Gdy wróciłam do domu odłożyłam plecak pod ścianą mojego pokoju i zaczęłam wybierać jakieś rzeczy na dzisiejszy wieczór ze Scottem. Wybrałam cienki sweter, leginsy i trampki. W między czasie mama robiła obiad, na który mnie zawołała. Zeszłam na dół i wybrałam sobie miejsce naprzeciwko Kevina. Podała nam obiad i zaczęliśmy jeść, oczywiście Todd musiał zacząć rozmowę.
- I jak w pracy, aniołeczku? - rzygam jak to słyszę.
- A świetnie, skończyłam do końca papierkową robotę do końca tygodnia, zostały mi jeszcze komputerowe sprawy,ale to pikuś. - odpowiedziała.
- To świetnie, jak w szkole Kevin?- spytał.
- A dobrze, zdałem z wszystkich przedmiotów, jestem z siebie dumny, zero dwójek na koniec.-Synek idealny dla Todda,oh.
- To świetnie, kochanie.-powiedziała mama.-A u ciebie jak,Ellie?
- Zdałam klasę. To ci wystarczy. -powiedziałam z lekkim odrzuceniem na pytanie, jak i na odpowiedź.
- Doskonale...Wybierasz się gdzieś dzisiaj? -spytała.
- Tak,wychodzę.
- Z Chelsea? - oznajmiła.
- Może, a co wam do tego?
- Nic tak chcę wiedzieć, tylko wróć przed dziesiątą.
- Ehe. - oznajmiłam. Skończyłam jeść. Weszłam do mojego pokoju i wyjęłam
książki, wkładając te na jutro. Położyłam się na łóżku i przysnęłam. Po
dziesięciu minutach zerknęłam przez okno, stał tam Scott oparty o
blachę samochodu. Wyskoczyłam z łóżka, zbiegłam na dół i krzyknęłam
szybko "Wychodzę!" zatrzaskując za sobą drzwi. Podeszłam do niego,
otworzył mi drzwi od strony pasażera i wsiadłam do jego auta.
Przejechaliśmy chyba trzy dzielnicę miasta, po czym zatrzymaliśmy się
przy wielkim wrotkowisku. Weszliśmy tam, wypożyczyliśmy wrotki i
wbiliśmy na parkiet. Kołysałam się na wszystkie strony,ale nieźle mi
szło. Cały czas upadłam razem z nim, śmiałam się i cieszyłam z każdej
chwili z nim. Wreszcie się uśmiechałam, wreszcie. Gdy upadłam z nim po
raz ostatni, ujął moją twarz w ręce i szepnął mi do ucha.
- Jesteś śliczna.- Tak. To Scott jest tym, którego kocham. Czuję to.
Zabawa się skończyła, wyszliśmy z wrotkowiska. Było cudownie,czułam jego
bliskość. Wróciliśmy przed mój dom. Wysiedliśmy, Scott odprowadził mnie
pod drzwi, dotknął mojej szyi i zaczął mnie całować. A to był dopiero
początek mojej miłości...