Nasze życie jest krótkie, pełne łez, uśmiechów, grymasów, i śmiechu. Jesteśmy pod czyimś wpływem, robimy rzeczy, których nie chcemy. Zakochujemy się w ludziach, których nienawidzimy. Uśmiechamy się, choć w naszej duszy jest ogromna pustka. Marzymy, o rzeczach jakich i tak nie dostaniemy. To życie jest jak gra, ale tu nie da się oszukiwać. Życie najpierw nas pierdolnie, a potem spyta "Co tak leżysz?". To wszystko jest takie sztuczne, żałosne i śmieszne. To co mnie otacza, jest potworną porażką. Może, to ja nią jestem? Nie wiem... Często chcielibyśmy zniknąć, tak po prostu. Byłoby łatwiej. Czasem zadajemy sobie pytanie "Komu ja potrzebny? Beze mnie byłoby lepiej. Gdyby mnie nie było, dość wiele by się nie zmieniło." Ale tak naprawdę jest tylko jeden powód, dlaczego cierpimy. Nazywamy to przekleństwo, czymś co jest niby piękne, co trwa wiecznie. Ale to przecież śmieszne, nikt nie żyje wiecznie, więc dlaczego ta miłość ma być wieczna? Dlaczego? Gdzie jest równość, gdzie jest to szczęście? To właśnie przez nią cierpimy i dalej jej oczekujemy? Czy my nie jesteśmy... inni? Pragniemy czegoś, przez co wylewamy litry łez... To życie to jedna wielka porażka, a ludzkość jest fałszywa. Amen.
Następny dzień. Aktualnie leżę w łóżku i zastanawiam się nad sensem tego wszystkiego, nad sensem mojego istnienia. Dość dużo się zmieniło od czasu śmierci mojego ojca, a jeszcze więcej od powrotu Scotta. Czuję do niego wielką słabość, a zarazem jestem sobą zawiedziona. Tak szybko dałam za wygraną, a przede wszystkim, tak szybko się poddałam i dałam Abby wygrać. Jestem najgorszym człowiekiem, jaki stąpa po tej ziemi. Wiem, że on do mnie wróci, ale co mi po tym? A co jeśli, pokocha tam kogoś? Jest wiele dziewczyn lepszych ode mnie, a ja jestem zwyczajna. Możliwe, że jeszcze gorsza, jeszcze bardziej beznadziejna od potocznego słowa "zwyczajna". Wstałam, podeszłam do okna i zobaczyłam przyciemnione niebo, było tak puste i ciemne jak moje serce. Jak ta pustka we mnie. Ruszyłam w stronę garderoby, gdy właśnie zadzwonił mój telefon, była to moja mama, nie wiedziałam, że nie ma jej w domu.
-Tak?-odebrałam.
-Hej skarbie, jestem w sklepie z Toddem, na stole masz bekon, jeśli jest zimny, podgrzej go sobie w mikrofali. Przeszkadzam? Masz jakieś plany?-odpowiedziała moja mama po drugiej stronie słuchawki.
-Nie przeszkadzasz. Szczerze to nie wiem jeszcze, może się gdzieś wyrwę, zobaczę. Dziękuję za śniadanie.
-W porządku, bez problemu. Jeśli gdzieś wyjdziesz wróć o piątej, jedziemy do cioci Vee.
-No nie. Tam są te małe bachory!
-Przestań, będzie dobrze, a z resztą będzie tam dziadek Dante, i babcia Viola z wnuczętami, więc nie będziesz musiała się nimi zajmować.
-I dobrze.
-Tak, więc do zobaczenia.
-No, cześć.-rzuciłam telefon w kąt łóżka. Jakoś nie ciągnęło mnie do cioci Vee. Lubię ją, ale jej dzieci są okropne. Cały czas tylko krzyczą i ryczą. Nie można tam wytrzymać. Jakoś czułam w sobie pustkę, taką jaką nigdy nie czułam. Jest znośna, ale chcę się jej pozbyć. Zaczęłam się nad sobą użalać, a to nie ma sensu, więc śmignęłam po telefon, wstukałam numer Chelsea i wybrałam zieloną słuchawkę. Słyszałam sygnał. Nikt nie odbierał, choć nie... Usłyszałam głos Chelsea.
-Halo?
-Oo cześć Ches, słuchaj, robisz coś dzisiaj, czy masz może dla mnie jakoś czas? Bo nie chcę siedzieć w domu, no przynajmniej do piątej. Więc co ja będę sama robić przez trzy godziny?
-Ech, no jeśli chcesz możemy się gdzieś wyrwać.
-Albo wbić do mnie.
-Jak wolisz. Więc?
-Czekam na Ciebie. Tylko się rusz.-oznajmiłam.
-Ok.-odłożyła słuchawkę.
Byłam pewna, że dzisiejszy dzień nie będę zaliczała do najgorszych. Chociaż miałam złe przeczucia. Było już prawię wpół do czwartej. Właśnie zadzwonił dzwonek do drzwi, stała w nich Ches, cała zmarznięta.
-Kobieto! Czy Ty kurtek nie nosisz?-warknęłam.
-Spieprzaj. Daj mi wejść do środka.-weszła i stanęła przy drzwiach, plecami zamykając je.
-Dobra, dobra, tygrysico. Co masz taki zły humor?
-Nieważne...
-Ches, mi nie powiesz?
-Jeśli chcesz. Chcę się dostać na uczelnię, by tam studiować jak skończę liceum, ale mam problem bo mama chcę mnie wysłać na lekarza, a ja chcę być prawnikiem.
-Pogadaj z nią.
-Z nią nie da się dogadać!
-Spróbuj no! Ile razy ja z kimś rozmawiałam i na dobre mi to wyszło?
-Jakoś żadna rozmowa z Abby, bądź Scottem nie wyszła Ci na dobre!
-Co...?-czułam ból w sercu. Jakby ktoś z całej siły uderzył mnie nożem w klatkę piersiową. Zamarłam...
-Dobrze słyszałaś! Mam dość słuchania Twoich rad! Nie jest u mnie dobrze!!! Rozumiesz!?
-Dobrze, wiem. Nie denerwuj się o tą uczelnię, masz jeszcze dwa lata.
-Ty nic nie rozumiesz...
-To mi wyjaśnij...
-Co może wiedzieć takie zero?!
Czułam taki ucisk w gardle, taki ból...
-Przestań! Przyjaciółka nie powinna tak mówić!
-Hahaha! A ty gdzie byłaś gdy u mnie było źle!? Tylko u Ciebie zawsze było źle. Trzeba było się zajmować biedną Ellie, bo się naćpała, albo najebała, lub najarała! Opanuj się i nie patrz tylko na swój tyłek!
-Co ty do mnie masz, co!?
-Wiesz co mam?! To, że jesteś dla mnie okropna! Nigdy w życiu już nie nazwiesz mnie dziwką!!! Rozumiesz!?
-Co!? Kiedy ja Cię tak nazwałam?
-Nie udawaj, że nie wiesz. Żałosne, wychodzę. A tobie radzę się nad sobą zastanowić, bo to co robisz jest złe, i to bardzo. Zobacz ile osób już straciłaś. Kevina, Scotta, a teraz mnie. Nie licząc Twojego ojca. Ellie zajmij się nauką i tym co w życiu ważne, a nie tylko ćpaniem i piciem, a co do tych twoich tabletek, ogranicz je, bo wyglądasz przez nie jak stara baba. Do zobaczenia w dalekiej przyszłości, ćpunko.-wyszła zatrzaskując za sobą drzwi. Racja miałam mały problem z piciem, narkotykami i tabletkami oraz paleniem, ale zaraz... Chelsea mnie rozumiała i nigdy by mi tak nie powiedziała. Co się z nią stało? Cholera! Znowu tu zrobiłam... ale co? Jestem żałosnym wyrzutkiem, powinno mnie zamordować od razu po urodzeniu. Aborcja na miejscu. Mam dość, tracę wszystkich po kolei. Położyłam się na kanapie w salonie. Zasnęłam.
Godzina piąta, dzwonek do drzwi. Wstałam i otworzyłam mojej mamię, Toddowi oraz Kevinowi. Powiedzieli, że mam się ubrać bo wychodzimy. Tak więc zrobiłam. Weszliśmy do samochodu, na głowie miałam czapkę, którą co chwila strącał mi na złość Kevin. W samochodzie biliśmy się dla żartów. Mama nas pouczała, jak zwykle...Po pół godzinie byliśmy na miejscu. Ciocia serdecznie nas przywitała, było zabawnie, miło. Tak inaczej. Ciasteczka, herbatka, kuzyni, rodzina, wszyscy... no, ale nie było taty. Wujek Marco był dobity tym, zawsze rozmawiał z tatą i opowiadali nam kawały oraz to co robili za młodu, wujek był jego najlepszym przyjacielem oraz najwspanialszym bratem jakiego ojciec miał.
-Wuju, wszystko ok?-spytałam.
-Tak słonko. Tylko brakuję mi brata...
-Wiem, mi również, ale damy radę razem!
-Pewnie, że tak. Wiesz jak byłem w Twoim wieku zakochałem się po raz pierwszy, twój ojciec był ze mną wtedy na mojej pierwszej randce. Był zawsze. Na ślubie nawet zaczął mi klaskać stojąc na stole, hoho.-roześmiał się, mój uśmiech stał się szeroki.
-To musiało być dobre.
-Tak, gruba biba, jak wy to teraz mówicie.
-Hahah, tak, jak to teraz mówimy.-tak rozmawiałam z wujkiem. Mama, Todd i Kevin tak świetnie się bawili, że chcieli zostać do rana, a ja byłam zmęczona, pożegnałam się ze wszystkimi i wyszłam. Poszłam w stronę przystanku tramwajowego. Po jakiś piętnastu minutach podjechał tramwaj, wsiadłam, skasowałam bilet i złapałam się za rączkę nade mną. Poczułam lekkie puknięcie w ramię, odwróciłam się, a tam stał chłopak, z bardzo szerokim uśmiechem. Wyglądał na starszego ode mnie, jakoś osiemnaście, dziewiętnaście lat. Miał ciemne włosy, był wysoki, wyglądał na umięśnionego.
-Hej.-powiedział z uśmiechem.-Jestem Victor, miło mi spotkać taką piękność w takim zatłoczonym miejscu.
-Yyy, no cześć. Dziękuję...chyba...-uśmiechnęłam się.
-Co tak sama jedziesz?-spytał. Jego głos był potężny i podniecający.
-Ja.. ja ten no, jadę sobie.. tam.. kurde...-'weź się w garść' pomyślałam.-Jadę do domu, rodzina została u...rodziny.. Heh.-był bardzo podobny do Scotta, ale miał inne podejście do dziewczyn.
-Można z Tobą, znaczy się, w jaką stronę jedziesz.
-Ulice Denver, niedaleko parku i baru.
-Oo!Wiem gdzie to jest! Właśnie też tam jadę, mieszkam tam z babcią od niedawna.
-Super!
-Fajnie jest mieć kogoś znajomego, oraz tak seksownego blisko domu, haha.
-Przesadzasz.-zarumieniłam się.
-Wcale nie.-jego uśmiech rozszerzył się. Rozmawialiśmy tak jeszcze przez jakieś pół godziny, odprowadził mnie, wymieniliśmy się numerami.
-To do zgadania! Papa, kotek.-powiedział po czym poszedł w stronę starych mieszkań. Byłam podekscytowana, weszłam do domu i doszło do mnie, że Victor mi się spodobał, ale przecież ja miałam Scotta, cholera!