sobota, 5 maja 2012

Rozdział Piąty

Chłodny wiatr powiewał moimi włosami,a policzki zbladły.Powoli traciłam tak jakby nadzieję,że w tym świecie jest dla mnie jakieś miejsce.Chciałam iść do Chelsea,ale było mi głupio,by do niej pójść i znowu się nad sobą użalać,więc wzięłam wszystko na swoją rękę.Podmuchałam w ręce,by było mi trochę cieplej,rozejrzałam się dookoła,ale oprócz mnie nie było tutaj nikogo.Była godzina dwudziesta piętnaście więc dość wcześnie.Zaniepokojona ruszyłam szybkim krokiem przed siebie,prawdę mówiąc nie wiedziałam dokąd idę.Nie miałam wyznaczonego celu ten mojej podróży po ulicach Londynu.Jednak nienawidziłam w sobie jednej myśli.Myśl ta była przeze mnie tak znienawidzona jak,Abby,czyli nie do zniszczenia.Ona zjadała moją duszę każdego dnia,kiedy tylko spojrzę przez okno mojego pokoju i zobaczę tą samotną huśtawkę,na której parę lat temu byłam szczęśliwa,krzyczałam,uciekałam i bawiłam się z osobą najważniejszą w moim życiu.Osobą bez,której moje życie już dawno straciło sens.Beztrosko zawsze byłam szczęśliwa i kochana.Czułam to w sercu,które w tej chwili pęka z tęsknoty.Światło wielkiej latarni,przy której stałam oświecała mi drogę.Miałam ochotę wrócić do domu i płakać,ale teraz nie.Jeszcze nie.Mój uśmiech na twarzy zawsze był szczery,ale powoli ta szczerość sama mnie przerastała.Jestem osobą,którą nawet gwiazda nie zagra.Ta moja historia jest nie możliwa.Minęły dwie godziny,powoli szłam w kierunku mieszkania.Doszłam w dobre trzydzieści minut,na moje szczęście Abby już sobie poszła.Wyrzuciłam kurtkę i pobiegłam do pokoju.Byłam zmęczona,więc od razu zasnęłam.Następnego ranka nikogo nie było,a przy moim łóżku leżała karteczka o treści :"Pojechaliśmy do ciotki Eleny.W lodówce masz obiad.Wrócimy wieczorem".Cóż,pojechali do mojej cioci z tym pasożytem,a mnie nawet nie obudzili bym pojechała z nimi,ale takie klimaty nie są dla mnie,jak zawsze śmiali by się i wspominali te stare dobre czasy,którymi ja gardzę.Wstałam z łóżka i zeszłam na dół zrobić sobie śniadanie.Zjadłam dwa kawałki chleba i jajko na bekonie.Miałam ochotę wyjść z domu,ale sama nie wiedziałam gdzie ja jestem potrzebna.Ubrałam buty i wyszłam,zatrzaskując za sobą drzwi.Poszłam do bufetu gdzie zawsze spotykam się z Chelsea.Wiedziałam że ją tam spotkam i tak się stało.Przytuliłyśmy się i usiadłam naprzeciw jej.
-Wiesz nie wyglądasz zbyt dobrze.-powiedziała.
-Jakoś ostatnio źle się czuję.Nie mam na nic ochoty.
-Masz problemy?
-Nie.
Spojrzała na mnie wzrokiem mówiącym "coś się święci...",ale sama bałam się co.
-Wiesz,ostatnio tak jakoś czuję że mogę zrobić dosłownie wszystko a nawet nikt nie zauważy.Mogę stać w zatłoczonej sali i krzyczeć,ale nikt się nie odwróci,jakby mnie tam nie było.
-Do czego zmierzasz?-spytała.
-Do tego że w tym świecie nie jestem chyba nikomu potrzebna prawda?
-Jesteś potrzebną osobą.Tylko w to nie wierzysz,a to już oznacza że potrzebujesz pomocy.Chciałabym Ci jakoś pomóc,ale niestety jak na razie sama nie wiem w jaki sposób.-oznajmiła.
-Nie potrzebuję pomocy,daję sobie radę świetnie sama i nie chcę was tu.
-Słuchaj,ja chcę ci jakoś doradzić.
-Wiesz nie potrzebuję Ciebie,ani Todda ani mojego egoistycznego brata.Nie potrzebuję was rozumiesz!?-wybiegłam po tych słowach z restauracji,przez okno widziałam jak Chelsea na mnie spogląda.Wiedziałam że zraniłam jej uczucia,ale co ja mogłam zrobić?Gdy byłam już w domu,cała zapłakana,poszłam do kuchni i zdenerwowana szukałam moich tabletek.Niestety nie było już ich.Usiadłam na krześle i zaczęłam płakać.Tak bez powodu.Poczułam jak coś w mojej kieszeni szeleści więc wyjęłam to.To były moje tabletki,ostatnie dwie.Połknęłam się i wyrzuciłam opakowanie do kosza.Stałam w bezruchu.Po chwili zaczęłam się chwiać.Czułam jak lek działa na mój organizm.Upadłam na ziemię...