Czym jest szczęście? Mogę je określić na parę sposobów, wymieniać od A do Z, ale istnieje pytanie po co? Dla niektórych szczęściem są na przykład pieniądze, dla innych rodzina, a jeszcze innych miłość. Jeśli chodzi o mnie, nie interesują mnie pieniądze, wielką wartość daję mi poznaję samej siebie, cały czas to robię. Bez przerwy, mogłabym rzec. Cóż, rodzina, przyjaciele i miłość? U mnie jest dość ciekawie, jeśli chodzi o te trzy przykłady... Więc, jeśli chodzi o rodzinę, jest dokładnie tak. Mój ojciec zmarł, moja mama nie interesuję się mną, mój brat, który był dla mnie wszystkim, traktuję mnie jak powietrze. No i jeszcze Todd, kochanek mojej mamy, świetnie. Przyjaciele? Co tu dużo mówić, mam najlepszą przyjaciółkę Chelsea, jest wspaniała, rozumie mnie, mogę na nią liczyć, to znaczy dla mnie wiele, naprawdę. Miłość? Miłość, miłość, miłość.. W tych sprawach, zawsze miałam tak jakby beznadziejnie, ale wszystko się zmienia, prawda? Poznałam smak miłości, poznałam ją dzięki Scottowi, jestem mu za to cholernie wdzięczna. Zawsze sądziłam, że jestem do kitu, nie potrzebna, taka jakby umierająca, od środka. Połowa myśli pewnie, że nie mam uczuć. Sądzę, że jestem strasznie wrażliwą osobą, jaką chyba znam. No, ale cóż, to wiele nie zmienia.
Jest koło dwudziestej trzeciej, leżałam właśnie w łóżku, kiedy usłyszałam dźwięk SMS. Wyczołgałam się z łóżka, idąc w stronę biurka. Podniosłam telefon w dłonie i ujrzałam tam kontakt o nazwie "Scott". W pośpiechu otworzyłam treść wysłanej wiadomości, byłam wniebowzięta, chciałam się dowiedzieć, czego chcę o tak późnej porze, szczególnie po dzisiejszym wspaniałym dniu, spędzonym z nim na ławce. Treść była jednoznaczna.. "Dobry wieczór, Spark. Mam nadzieję, że Ci nie przeszkadzam, jak tak to wybacz mi. Wysyłam Ci tego SMS-a, ponieważ nie mogę spać, cały czas myślę o Tobie, nie daję mi to spokoju, lecz to dobrze. Cieszę się z dzisiejszego wypadu, był genialny. Nie będę Ci już przeszkadzał, odpisz mi najwyżej rano, nie mogę się doczekać jutra, aż zobaczę Cię w szkole, na zakończeniu. Dobranoc. Kocham Cię." Czułam ucisk w gardle, zachciało mi się płakać. Nie byłam smutna, wzruszona lecz. To był najmilszy gest jaki chyba w życiu otrzymałam.. Może to zwykły SMS, ale jak bardzo dla mnie znaczy, nikt chyba nie wie. To cudowne, nie miałam sił by mu odpisywać. Łza kręciła mi się w oku. Nie mogłam się powstrzymać, wskoczyłam do łóżka, trzymając telefon w prawej dłoni, okryłam się kołdrą i czułam jak moje łzy kapią ze mnie, chyba nigdy nie płakałam ze szczęścia. Ze szczęścia. Tak, to właśnie Scott jest moim szczęściem.. Tylko on.. Kocham go, wiem to, będę zawsze wiedziała. W nim widzę sens życia, a przecież sensem życia jest miłość, jak dla mnie sensem życia jest szczęście. Nie tylko w miłości, ale również to, co dostajemy od drugiego człowieka. To jest najcenniejsze. Położyłam się spać. Mój sen składał się z szybko przemijających dziwnych scen. Śniły mi się króliki biegnące przez łąkę, po chwili wszystko było zamazane i widziałam galaktykę, planety i gwiazdy, widziałam twarze, kwiaty, uczucia no i mojego tatę. To niesamowite, że dalej wracam do niego myślami. Dzień ojca dawno minął, a ja nie byłam u niego na cmentarzu. Czuję się przez to dziwnie... Przez sen zastanawiałam się jak mu to wynagrodzić, obiecałam sobie, że od razu po zakończeniu szkoły czyli jutrzejszego dnia poproszę Scotta by mnie podwiózł na cmentarz. Dźwięk lecącej muzyki z mojego telefonu, który ustawiłam sobie na budzik, obudził mnie. Usiadłam na krawędzi łóżka, wpatrzona w okno. Pogoda dzisiejszego dnia nie zbyt mi dopisała, niebo było ciemne, przysłonięte chmurami, które ocierały się o siebie. Wstałam, podeszłam do mojej szafy, otworzyłam ją i wpatrywałam się w jej wnętrze. Nie miałam zielonego pojęcia co mam ubrać. Wygrzebałam białą koszulę, czarne spodnie, ciemne rajstopy i do tego czarne trampki typu vans. Poszłam się wykąpać, umyłam zęby, spięłam włosy w wysoki kok i założyłam na siebie wcześniej wybrane ubranie. Pomalowałam sobie kreski na oczach, a usta musnęłam delikatnie błyszczykiem o malinowym smaku. Zamykając pokój, wzięłam głęboki wdech. Denerwowałam się, nie wiedziałam dokładnie czym, ale czułam, że jest ze mną źle. Zeszłam na dół do kuchni. Todda, Kevina ani mamy nie było. Kevin pewnie już pojechał do szkoły, Todd i mama w pracy. Zostałam sama. Zabrałam kanapki leżące na blacie i wyszłam na autobus. Czekałam jakieś dwanaście minut, usiadłam na ostatnim miejscu pod oknem. Za oknem widziałam lekkie krople deszczu, który miał chyba zaraz zacząć padać. W drodze do szkoły uspokoiło się. Przed drzwiami szkoły stała Chelsea, Scott, Kevin, Rachel oraz... Abby?! Jak? Kiedy? Dlaczego? Te pytania latały mi w głowie, Scott nie znosi Abby tak samo jak ja, a teraz stoi obok niej? Chyba znowu ta zdzira chciała zepsuć mi życie. Szybkim krokiem zaczęłam iść w ich kierunku, czułam ucisk w gardle, łzy w oczach oraz ból brzucha. Bałam się, bałam, że znowu będzie źle. Byłam jakieś trzy kroki od Scotta, podszedł do mnie, przytulił mocno i szepnął mi do ucha, jak bardzo mnie kocha. Uśmiech pojawił mi się na twarzy, ale dalej czułam się nieswojo. Scott nie chciał mnie puścić, wydawał się jakoś smutny. Zza jego ramienia spojrzałam na Chelsea, która też wydawała się zdołowana. Abby miała szeroki uśmiech, pełny nienawiści i satysfakcji. A Kevin, nie chciał na mnie patrzeć. Wydawał się zły, jakby zawiedziony? Czym? Nie rozumiałam co takiego mogło się stać. Gdy Scott mnie puścił, spojrzał mi głęboko w oczy i mamrotał coś pod nosem. Wreszcie zdobyłam się na odwagę i powiedziałam.
- Scott, nie jesteś w humorze. Wydarzyło się coś poważnego?
- Nie. Nie kochanie. - powiedział z uśmiechem, ale nie był to szczery uśmiech. Był wymuszony, pod wpływem chwili.
- Powinieneś być wesoły, że będziemy razem przez te dwa miesiące.
- W tym rzecz.. - oznajmił. Co to miało znaczyć? "W tym rzecz"?
- O co Ci chodzi? - warknęłam.
- Ellie, wiesz że jesteś dla mnie wszystkim, prawda? Wiesz, że nie zrobiłbym niczego złego, nie skrzywdziłbym Cię nigdy, nigdy, rozumiesz?! Nie dałbym Ci wyć w poduszkę przeze mnie. Przenigdy. - powiedział z powagą. Jego słowa były szczere, prosto z serca, ale jakże oschłe dla mnie. - Nie zrobił bym Ci krzywdy, przynajmniej nie celowo.. - Nie celowo? Nie rozumiałam niczego, co do mnie mówił. Czy on się... żegna?
- Scott, co Ty robisz? Proszę powiedz mi, że... - urwał mi w połowie zdania.
- Kocham Cię. - moje oczy były już pełne łez, ale nie chciałam płakać. Znowu poczułam pustkę, tą cholerną nienawiść do wszystkiego co mnie otacza na tym świecie, do tego, jak złym człowiekiem muszę być, że są nade mną czarne chmury.
- Nie mów, że się żegnasz.. Proszę, nie mów mi tego.. - powiedziałam.
Jego wzrok utkwił w moich oczach. Nic nie powiedział, odsunął się i zaczął iść w stronę drzwi wejściowych szkoły. Stałam nieruchoma, spojrzałam na Chelsea, która mnie przytuliła. Po chwili Abby zaczęła się śmiać. Mój wzrok utkwił w jej mordzie, która zaczęła coś mówić.
- Nie rozumiesz? Scott się wyprowadza. Jego mama dostała nową pracę w New Jersey. Mój tata zafundował jej tam pracę, oraz utrzymanie. Niesamowite prawda? - jej uśmiech mówił wszystko. To jej wina. Wiedziała, że jestem szczęśliwa i chciała mi to zepsuć. Znowu wygrała..
- To Twoja wina! To Ty powiedziałaś ojcu by zatrudnił matkę Scotta! Czyż się nie mylę?! - nienawiść rosła, w moich słowach.
- Brawo dla Ciebie. Ja tu ustalam zasady, kochanie. Tylko ja mogę je łamać. Tylko ja mogę wygrać.
- Jesteś zwykłą szmatą!
- Owszem, ale również zwycięzcą tej gry. - zaśmiała się. Była z siebie dumna. Znowu zepsuła mi życie. Istniało tylko pytanie : Dlaczego?
- Jesteś zazdrosna o mnie i o Scotta! To wszystko prawda?! Nie rozumiem, jak można być taką zdzirą! Nie potrafię tego pojąć!
- To już nie mój problem, skarbie. Miłego zakończenia szkoły średniej. - uśmiechnęła się i odeszła. Kevina już dawno nie było, musiał iść wraz ze Scottem, by go pocieszyć, ale ja tego nie zauważyłam. Na pewno nie wie co jego dziewczyna zrobiła jego własnej siostrze. Ale na pewno mi nie uwierzy.. Nikt z resztą nie.
- Ellie.. - zaczęła Chelsea.
- Proszę, chcę zostać sama. Odbierz za mnie moje świadectwo.. Spotkamy się potem u mnie.. Cześć.. - zapłakana zaczęłam biec w stronę cmentarza. Łzy lały się ze mnie strumieniami. Nie chciałam stracić Scotta. Kochałam go, był dla mnie wszystkim. A tak od teraz mam go stracić na zawsze? Przez tą szmatę? Nie ma mowy! Szukałam groby taty, gdy go znalazłam, usiadłam obok. Wypłakując swoje wyrzuty do całego świata, żałowałam, że nie ma go już przy mnie. Chciałam by to wszystko się jakoś poskładało w całość. Nie wiedziałam, jak mam to zrobić, ale potrzebowałam chwili spokoju. Musiałam dawać sobie radę, sama. Cóż, jak zwykle. Zdałam sobie sprawę, że nie jestem potrzebna. Jedyne co mnie podtrzymywało tutaj to Chelsea, Kevin i Scott. Moje życie to jedna wielka pomyłka. Chyba.. W tym momencie chciałam tylko się przytulić do Scotta. Na cmentarzu siedziałam do godziny czternastej dwadzieścia dwa. Wstałam i powiedziałam : "Niedługo znowu wpadnę, tatku. Trzymaj się jakoś..", zaczęłam iść w stronę baru. Byłam głodna, a nie chciałam wracać do domu, więc poszłam do mojego ulubionego baru. Zamówiłam naleśniki. Po spożyciu, wyszłam ze sklepu i widziałam mnóstwo szczęśliwych dzieciaków, z tego że koniec szkoły. Może i tak. O nie! Zapomniałam o Chelsea. Ma mi oddać świadectwo. Genialnie. Po jakiś dziesięciu minutach dobiegłam do domu, weszłam i zobaczyłam, że buty Chelsea stoją przy drzwiach. Czyli weszła do mojego pokoju. Wbiegłam na górę, Ches, siedziała na łóżku czytając swoją ulubioną książkę z serii Harrego Pottera. Usiadłam obok niej. Podała mi moje świadectwo, nie odrywając oczu z książki. Spojrzałam na nią, po czym na świadectwo. Składało się z : Matematyka - 4, Biologia - 2, Angielski - 3, Chemia - 2, Fizyka - 2, Wf - 5, Geografia - 3, Muzyka - 4, Plastyka - 5, Religia - 6. Cóż, myślałam, że będzie o wiele gorzej, no ale cóż. Jest jak jest. Włożyłam świadectwo do półki, położyłam się na łóżku i rzekłam.
- Dlaczego to muszę być akurat ja?
- Zrządzenie losu? - powiedziała Chelsea. Trudno było ją wzruszyć, ale była osobą, która twardo stąpa po ziemi.
- Nie wiem sama. Mam dość wszystkiego. Chcę do Scotta. Czemu ta suka Abby mi to zrobiła?!
- Jest zazdrosna, że dobrze Ci się układa. Wolała mieć satysfakcję z tego, że wieczorami wyjesz w poduszkę, bo Twój ojciec nie żyję. Teraz widziała, że odnalazłaś szczęście w Scottcie i chciała to zepsuć, jak zwykle jej się to udało. Nie miej mi za złe, że Ci nie powiedziałam, ale nie widziałam jak. Scott zaczął mówić o tym już przed Twoim przyjściem. Kevin pokłócił się z Abby, że jest z tego zadowolona. Scott Cię kocha, ale nie jest pełnoletni by sam mieszkać w tym mieście. Powiedział mi, że za rok tu wróci, obiecał mi to, że Cię nie opuści, nigdy. Kazał mi się Tobą zająć. On wróci, mówię Ci. A teraz w te wakacje wyjedzie do nowego mieszkania, ale w sierpniu zostanie tu u ciotki, by móc się z Tobą spotykać. Urocze, prawda?
Uśmiech pojawił się na mojej twarzy.
- To znaczy, że on tu wróci? Dla mnie? - spytałam.
- Tak, specjalnie dla Ciebie.
- Nigdy nikt nie wracał dla mnie. Boże, czuję się... fantastycznie, ale i tak mi przykro. - oznajmiłam.
- Wiem. Muszę się zbierać, jutro wpadnę, cześć. - powiedziała, po czym wyszła z pokoju.
Usiadłam na łóżku. Płakałam, nie chciałam go stracić. Płakałam, z tego powodu, że mnie opuści na rok. Z tego, że znowu będzie źle. Że go nie zobaczę, że mnie zostawi. Ale jedno mnie pocieszyło.. Wróci tu.. Dla mnie...
;'( Piękne ....
OdpowiedzUsuń